"Idealism"
"Jak samotny ptak
Pokochany przez przestrzeń
Jak samotność
Na kartach powieści
Wciąż szukam tego
Co nie ma dalszej części
Chcę napisać list,
który przetrwa świat"
(-;...I wanne Be a Little sheriff...;-)
Ostatnio zastanawia mnie fakt czy czasami nie
stworzyłem dla siebie czegoś takiego jak baśniowy
świat. Staram się szukać w moim życiu czegoś
ponadczasowego, idealnego w swej perfekcyjności,
magicznego, czegoś co chyba nie istnieje. Używając
słowo chyba w poprzedniej myśli tylko to potwierdzam.
Wskazuje ono na to, ze się wcale z tym do końca nie
chce pogodzić i nasycony małym pierwiastkiem nadziei
będę ku temu i tak mimo wszystko dążył. Sprowadza się
to do prostego podsumowania. Będę krążył, myślał dopóki
znajdę... no właśnie... tylko co... przecież nie idzie
znaleźć czegoś co nie istnieje. Być może jednak
odpowiedz jest inna. Być może ja szukam czegoś,
a może i kogoś kto nabierze ideału w moich oczach.
Pytanie brzmi: jaka jest różnica miedzy prawdziwym
ideałem (jeżeli coś takiego istnieje) a ideałem
stworzonym przez naszą wyobraźnię? Nie znam
odpowiedzi i męczy mnie to, że nie udaje mi się
odnaleźć tego o czym marze żeby było odnalezione.
Nie jestem też pewien, którego z dwóch ideałów ja
pragnę. Wiem jednak, że doświadczyłem jednego z nich
dość niedawno i ogólnie nie żyło mi się z tym najlepiej.
Być może paru z was się domyśli o co mi chodzi, być
może nie. To i tak nie ma znaczenia. Dzięki temu
zauważyłem jednak, że z płynącym czasem zwiększa się
nasza odporność na ból, także ten mentalny. Tak wiec
moje cale kontemplacje mogą sprowadzać się do jeszcze
dziwniejszego wyjaśnienia. Być może jestem poprostu
w wieku, kiedy tak częste próby wyjaśnienia ludzkich
mechanizmów są czymś normalnym. Tylko nie każdy to
wyraża tak jak ja, zostawiając dużo dla siebie. Ja
jednak jestem juz tak stworzony, ze próbuje zrozumieć
wszystko za wszystkich. I wcale nie dlatego, ze oni
tego chcą, tylko dlatego, ze ja tego chce. W całym tym
procesie zapominam o samym sobie. Jestem połączeniem
idealisty i pesymisty, a to często powoduje sprzeczne
reakcje. Bo jak można dążyć do ideału, nie wierząc, że
uda się do niego dojść. Taką jestem dziwną osobowością
i nie mogę zaprzestać myśleć. Tymbardziej, że tutaj (USA)
mam czasami aż nadto czasu na myślenie bo nie zawsze jest
co robić. Wam się wydaje może, że jest lepiej, ale
uwierzcie mi, że rzeczywistość jest nieco inna. Mógłbym
tu rozpocząć długa analizę całej tutejszej społeczności,
ale zajęłoby mi to dużo czasu. Zostawiam sobie to na
długie rozmowy po moim powrocie do Polski. Ciężko
bowiem wszystko wytłumaczyć. Jestem jednak pewien,
że coś mi nie pasuje w Amerykanach. Nie mowie, że trwa
to cały czas i ze wszyscy tacy są, ale niektóre
sytuacje są dla mnie nie do zniesienia. To powoduje
moje rozdrażnienie, brak chęci udziału w niektórych
ich nudnych zajęciach i częste wypisywanie różnych,
ciężkich do zrozumienia rzeczy na blogu. To nie jest
tak, ze ja widzę tylko złe rzeczy, ale jednak cos mnie
kieruje to ucieczki we własny dzień gdyż nie mogę
znaleźć często porozumienia z Amerykanami, nie ważne
jak bardzo bym chciał i jak różnie bym próbował. I
tutaj dochodzę do problemu, którego nie potrafię
rozwikłać. Dręczy mnie pytanie czy Amerykanie są
naprawdę jacyś dziwni, czy może jednak to moja osoba
jest nie do życia. Zastanawiam się jak inni ludzie
poradziliby sobie na moim miejscu i często dochodzę
do wniosku, że napewno lepiej niż ja. Nie wiem czy
mam racje czy nie, ale tak właśnie często myślę.
Obwiniam własnego siebie za to, ze mi się ludzie
nie podobają tak bardzo jakbym chciał. I to się
chyba nazywa brak wiary we własne czyny. Źle mi z
tym i nie wiem czy mi się uda tego w końcu pozbyć.
Niby wszyscy mnie lubią itp., ale to zawsze ja
zostaje samotny w końcu końców. Czego mi brakuje?
Juz sam nie wiem...;-(. Kończąc ten metaforyczny
wywód, przejdę teraz do bardziej realnej rzeczywistości.
Ostatnia notka zakończyła się przed Thanksgivin'
jak dobrze pamiętam. Także od tego momentu zacznę.
Nie ma jednak dużo do opisywania bo w te 5 wolnych
dni nie wydarzyło się prawie nic. Oglądałem TV i
gadałem na gg przez 4 dni, a jeden spędziłem na
uroczystym świętowaniu Thanksgivin' (ogólnie nie
najgorzej). Zjadłem trochę amerykańskich potraw,
poznałem z 30 osób (w tym dwie młodsze dziewczyny
z Collegu, juz normalniejsze niż te wszystkie
dziwota w High School) i tak poszło 5 dni w plecy.
Jednym słowem nuda...;-(. Imprezować nie było jak
bo Amerykanie nie maja o tym pojęcia i było raczej
tragicznie. Pocieszyłem się rozmawiając z Wami na
gg...;-). Po tym przyszedł tydzień szkolny. I tutaj
w końcu dobra informacja. Po 3 miesiącach w końcu
dyrektor dał mi szanse do otrzymania dyplomu. Teraz
wszystko zależy ode mnie. Trochę się trzeba będzie
pouczyć, ale mam nadzieje że jakoś dam rade... kto,
jak nie ja. Musze zdać Ohia Graduation Test w marcu
(ponoć bardzo łatwe), wziaźć korespondencyjny kurs
Goverment (rząd) i w drugim semestrze drugiego angola
co oznacza 10 lekcji tygodniowo. Ogólnie nie powinno
być super ciężko i jak wykonam plan to będę miał
ukończony High School... nie wiem jeszcze po co...:-)
Także w obliczu nieco nudnego życia pozostaje mi
się uczyć, czytać, zdać i śmigać do Polski świętować.
3majcie kciuki. Całkiem niedługo zacznie się
także sezon narciarski. Może trochę koloru wprowadzi
w moja szarość... szczególnie krwi...;-). Poza
tym wygraliśmy mecz w halówce 7:6 i mamy teraz
stosunek 2:2. Gadałem też z trenerem przeciwnej
drużyny i opowiedział mi czasy jak balował z
Polakami będąc jedynym Amerykaninem w drużynie.
Powiedział, że nie dawał rady..;-). A ja tylko
mu przytaknąłem. Znalazłem sobie także zajęcie
na nudę. Wyszukuje Polaków w Ohio. Musze przyznać,
że znalazłem kilku naprawdę fajnych. Żeby ich
spotkać, najbliżej jest do Cleveland (ponoć
całkiem sporo ich tam jest). Jak dobrze pójdzie
może mi się uda z nimi pogadać na żywo kiedyś tam.
Tak więc pomyślimy... jak to Killer mawiał...;-)
W szkółce ocenki ciągle trzymam na poziomie.
Niedługo będę miał testy z całego półrocza
z każdego przedmiotu. Same A?? Co myślicie??
Musze też zaznaczyć, że mam pierwsza lekturę
do przeczytania, w sensie, że musze ją czytać.
Ale tutaj jest tak, ze połowę czyta nauczycielka
na lekcji, także totalny looz...;-). Nawet mi
się podoba. Wogóle jakoś moja szkolna mentalność
ulęgła tutaj zmianie. Nie mówiąc juz, ze zaczynam
zapominać wiele rzeczy z polskich lekcji. Podsumowując
wiec w szkole się ułożyło na dobre. Jak mi się uda
wszystko pozaliczać przygoda zakończy się sukcesem.
Cieszy mnie to i daje siłę na przyszłe dni. Rodzinka
moja czasami ma ciężkie do zniesienia jazdy (szczególnie
w stosunku do użytkowania kompa), ale w sumie cieszę
się, że na nich trafiłem. A jeśli chodzi o życie
pozaszkolne mogłoby być jednak lepiej. Chce żebyście
zrozumieli, że ja w sumie cały czas jestem, starym
Mafejem i zachowuje się tutaj tak jak w Polsce. Więc
to chyba nie moja wina że coś nie chce wszystko
zagrać. Brakuje w tym wszystkim kropki nad i. Będę
dalej próbował i starał się rozruszać całą atmosferę,
ale jest to ciężkie. Musze jednak powiedzieć, że
po 3 miesiącach doceniam teraz bardziej to co miałem
w Polsce. Rok spędzony tutaj będzie dla mnie wystarczający
i chyba nigdy nie wyrzekłbym się Polski, z wszystkimi
jej problemami. Tak wiec cały ten wyjazd jest dla mnie
super doświadczeniem, bo pomimo, ze pisze o tych
wszystkich słabościach, to i tak się cieszę, ze tu
jestem. Daje mi to kontrast miedzy dwoma, różnymi
społecznościami i dla mnie osobiście Polska zwyciężą.
Może z sentymentu, może tęsknoty, ale może naprawdę
nie mamy tak źle. Docenimy czasami własny naród... ;-)
Ja osobiście chciałbym być w tych dwóch krajach
jednocześnie, ale ze to niemożliwie, spędzę jeszcze
kilka miesięcy tutaj, a później wracam do Was i
czekam na cieple przyjęcie. No i oczywiście 3mam
kciuki za polską reprezentacje w siatkówce. Niech
zmiotą Brazylie bo jak to dorwę tu jednego i go
zmiotę z powierzchni ziemi. To narazie tyle z
pustyni Nevada, pisał dla was Mafej Max Kolonko..;-)
P.S
Jako, ze nie umieściłem jeszcze tej notki na blogu
(znaczy teraz, kiedy ją czytasz juz tak), dodam kolejne
kilka wydarzeń, juz z tego weekendu. Mam nadzieje,
że pokażą one, że poprostu mam swoje słabsze dni
i czasami wypisuje słowami swoje niezadowolenie,
ale to nie znaczy, że ciągłe jestem taki. Innymi
słowy poprostu mam swoje wzloty i upadki, a że
dążę do ideału to chce żeby by zawsze się udawało.
Jednak to jest najwyraźniej niemożliwe i musze mieć
swoje słabsze dni, gdy mimo nadziei i wysiłku cos się
nie udaje. Ten weekend był jednak bardzo ciekawy i
juz mój uśmiech jest nieco większy. Mianowicie,
spotkałem się z innymi studentami z wymiany i razem
z naszym koordynatorem, pośmigaliśmy po Canton
wizytując sklepy, kino i takie tam. Jednak rzecz,
która mnie ucieszyła najbardziej to nowe znajomości.
Ludzie, których poznałem byli juz znacznie bardziej
interesujący i ciekawi (nie to co większość Amerykanów)
Różnorodność była niezła - Saudi Arabia, Brazylia,
Turcja, Niemcy, no i Polska...:-). Pięć różnych kultur,
pięć różnych światów, ale jedno podobne doświadczenie,
wizyta w USA. Spędziliśmy razem dobry czas i juz
patrzę z nadzieją na kolejne nasze spotkanie. Tylko,
że wtedy różnorodność będzie jeszcze większa. Zapowiada
się ciekawie i nie mogę się juz doczekać. To tyle
opowiadań, teraz przede mną kolejny tydzień szkolny...
...nuda....nuda...nuda... a potem nowa notka o niczym.
Peace Out
(-;...Piochu...no bo...Barca jest najlepsza...;-)
"Misplaced"
"Mieć przyjaciół
Którzy będą z nami szli
Oni dają siłę, jakiej nie pokona nic
Nie chcę patrzeć
Jak odchodzi któryś z Was
Ciągle wierzę w to
Że zatrzyma nas czas
Nie pamiętam żadnych dat
Jeśli jakaś była zła
Najważniejsze to odnaleźć swoje miejsce
Ale pośród tych, którzy dają nam szczęście"
My Christmas Tree...;-)
Nie chce mi się przywitać, nie chce mi się nic
pisać, nie chce mi się chwilowo żyć. Nie będę
Was zanudzał kolejną, długą analizą, dlatego
też umieszczam tylko króciutką notkę, aby coś
tam było. W szkole nic ciekawego. Oceny ciągle
dają rady i dużymi krokami zbliża się już przerwa
świąteczna. W lidze halowej wygraliśmy 9:7 i mamy
już stosunek 3:2. Muszę jednak zaznaczyć, że ten
mecz był nadzwyczajny. W przeciwnej drużynie
było bowiem aż 5 dziewczyn. I to nie byle jakich.
Byłem zszokowany ich talentem piłkarskim i ich
grą. Potrafiły celnie podawać, grać z głową, a
co najlepsze... dryblować. Były najlepsze w
całym meczu poza mną. Nawet jedna z nich potrafiła
zjechać jednym zwodem Niemca, którego w lidze nikt
nie mógł przejść. Normalnie wielki podziw...:-).
Ale, że ja postanowiłem nie dać im wygrać, musiały
zejść z boiska ze smutkiem na twarzy. Nie powiem
jednak, że było łatwo (Romaryna się chowa...;-).
Poza tym meczem nic więcej godnego zauważenia
nie mam Wam do opisania. Może też dlatego, że
dopadła mnie nostalgia i trochę tęsknota. Do
tego doszły niekończące się problemy z kartą
kredytową, bankiem i kontem. Więc ogólnie nie za
bardzo mi radośnie. Co do nostalgii to wynika
ona chyba ze zbliżających się świat. Amerykanie
zaczynają zdobić swoje domy wcześniej, także ja
mam już choinkę w domu i ogólnie ładnie to
wszystko wygląda...jak w Kevin Home Alone...;-).
Byłem także na koncercie świątecznym i
słuchając amerykańskich kolęd przez chwile
czułem się jak w jakimś filmie. Tym bardziej,
że podświadomie znałem te melodie właśnie z
amerykańskich produkcji. Także doświadczam świąt
w nieco innym wydaniu (mogę jeszcze dodać, że
wszystkie domy są strasznie ładnie przyozdobione,
aż się czeka kiedy się cos rozwali... jak w filmie
z Chevy Chase'em...;-). Jednak chcąc nie chcąc,
buduje to w moim sercu i umyśle mały smutek,
tęsknotę i nostalgie. Czuje się taki mały i
źle umiejscowiony. Płakać mi się czasami chce.
Mam nadzieje jednak, że już niedługo mi to
przejdzie, skończą się problemy z bankiem (bo
to mnie strasznie denerwuje) i znowu się
uśmiechnę. Bo tak naprawdę, nawet 1000 przeszkód
to dla mnie za mało. I w tym momencie zakończę.
Życzę Wam wszystkiego najlepszego na zbliżające
się święta. Jak możecie, pomyślcie też czasem
o mnie... może telepatycznie odczuję Waszą
pozytywną energię... przesyłam gwiazdorki...;-)
Thx For Senshiro...Greetings For Piochu..;-)
Link 20.12.2006 :: 20:55 Komentuj (3)"What I got to do to be heard?"
"Want you to know its a little fucked up that
I'm stuck here waiting, no longer debatin'
Tired of sittin and hatin' and making these excuses
For why you're not around, and feeling sorta useless
It seems that one thing has been true all along
You don't really know what you've got till its gone"
Jak dobrze pamiętam moja ostania notka nie miała
za bardzo pozytywnej energii. Dlatego też muszę
powiedzieć wszystkim, którzy się o mnie martwili,
że teraz czuje się już znacznie lepiej i czasami
aż przesadzam z moim humorem... jak ktoś zna mnie
dobrze to pamięta jakie dziwne rzeczy potrafię
wywijać i mówić. Chyba tak naprawdę dopiero teraz
przystosowałem się do życia w Ameryce. Poprostu
potrzebowałem więcej czasu na aklimatyzacje niż
myślałem. Ostanie półtora tygodnia zmieniło trochę
w moim rozumowaniu i w końcu ułożyłem sobie
wszystko w mojej główeczce tak, że czuje się całkiem
spoczko oczko...;-). Zeszły tydzień szkolny był
strasznie nudny jak to normalnie bywa. Praktycznie
zero do roboty z powodu zbliżających się świąt.
W środku tygodnia jak zawsze grałem w piłe.
Tym razem ponieśliśmy sromotną porażkę, przegrywając
11:4. Bez komentarza. Wczoraj jednak, w ostatnim
meczu tej sesji halowego soccer'a wygraliśmy
7:6 i zakończyliśmy sezon z bilansem 4:3. Nie za
dobrze nam poszło, ale zważając na nasz skład to
i tak nieźle. Ja i tak często grałem dla zabawy.
Strzeliłem jednak ze 25 kast w 7 meczach, także
całkiem niezły wynik... hehe... (powinno być z 40).
Nie wiem jeszcze czy zagram w drugiej sesji, ale
jak tak to napewno co nie coś tam napisze o tym,
i o laskach, które kiwają się lepiej niż Romaryna.
Wracając teraz do ostatniego weekendu, musze
przyznać, że był naprawdę całkiem nienajgorszy.
W sobotencje wybrałem się z moją mamą , siorą
i kumplem Niemcem (Joscha Stork) do mall'u -
- czytaj centrum handlowe. Na początku odwiedziłem
fryzjera bo już mi trochę głowa zarosła przez
te mijające już 4 miechy. Po tym rozdzieliliśmy
się na dwie grupy... mama z siorą... i ja z Joschą.
Kobiety jak to kobiety poszły oglądać ciuchy i
takie tam. A ja i Niemiec... hmmm... trochę strachu
narobiliśmy mojej mamie (tylko cicho bądźcie
bo ona nie wiem gdzie byliśmy..;-). Na początku
pochodziliśmy trochę po sklepach, ale że się
nam to szybko znudziło to chcieliśmy pójść
obejrzeć film w kinie. Niestety nie zdążyliśmy
na czas i zostaliśmy zmuszeni do praktykowania
nudy...:-). Na szczęście jednak spotkaliśmy
kumpla ze szkoły (Ion Smith), który pracuje
w jednym ze sklepów w owym Mall'u. Wziął on
przerwę i razem z nim śmignęliśmy do Mc'D
gdzie pracuje inny nasz kumpel (Nick Ray).
Szybko wciągnęliśmy jakieś gówno za free
z tego powodu, że znajomy tam pracuje i
później wróciliśmy do Mall'a. A tam co??
Tutaj się zaczyna najlepsza cześć opowieści,
które pokazuje jaka Amerykańscy rodzice
potrafią mieć paranoje. Po wejściu do
centrum zobaczyliśmy moją siore, która
szła do nas łeb w łeb z ochroniarzem. Okazało
się, że moja mama szukała nas i dała znać
ochronie żeby nas znaleźli. Ponoć puszczali
nasze imiona przez megafon. Niezły ubaw
miałem z tego. Wytłumaczyliśmy się, jakoś
tam lekka ściema (bo nie mogliśmy powiedzieć,
ze Joscha fajki palił i takie tam). Jak
widzicie więc, nie zrobiliśmy praktycznie
nic nadzwyczajnego, a jaka niezła zadawana
sytuacja z tego wyszła. Nabijałem się z mojej
mamy całą drogę powrotną...;-). To tyle
o piątku, a nie sobocie jak powiedziałem gdzieś
tam wyżej. Po tym przyszła sobota spędzona w
domu gdyż musiałem pisać wypracowanie niezłej
długości, ale na szczęście wszystko sobie
odbiłem niezłą niedzielą. Jak już kiedyś
wspominałem albo i nie, mielśmy spotkanie
wszystkich studentów z Ohio, którzy też są
na wymianie. Przybylo 18-nastu... Brazylia,
Chiny, Szwajcaria, Indie, Indonezja, Serbia,
Niemcy, Turcja, Polska..(to ja)... i może
coś jeszcze, ale nie kojarzę. Musze przyznać,
ze wszyscy ludzie całkiem spoko i wynika z
tego, że chyba ja i Niemiec zaczniemy się
wkręcać w jakieś imprezy z nimi. Ogólnie już
się umówiłem na wizytę w Szwajcarii żeby
pośmigać na nartach, a później śmigam do
Mojad'a z Saudii Arabii. Koleś żyje tam
lepiej niż tutaj. Jego ojciec mam pałac
z basenem w środku i ogólnie wszystkim
czego chcesz. Dwa tygodnie temu Bill
Gates wizytował jego ojca... a co tam..:-).
Ogólnie koleś przybył tutaj tylko żeby
się nauczyć angola bo prace juz ma
gwarantowana u ojca. Mimo jednak, że
koleś jest obrzydliwie bogaty, jest
strasznie spoko. I to mnie cieszy.
Kontynuując musze przyznać, że całe spotkanie
przebiegło w całkiem miłej atmosferze i
ogólnie mam teraz znajomych na każdym
kontynencie praktycznie..;-). Jedyna
rzecz, która mnie zawiodła to, że była
tylko jedna dziewczyna...i niestety nie
za ładna. Musiałem zadowolić się ściemnianiem
Amerykanki, która gości tą jedna dziewczynę.
Musze przyznać, że była całkiem spoko jak
na Amerykankę i ogólnie chciałem już się
z nią umawiać na randencje, ale niestety
mieszka za daleko ode mnie. Niestety ja nie
jestem mobilny...;-( Ogólnie rzecz biorąc
zdziwiło mnie trochę moje postępowanie.
Moja desperacja związana z kobietami jest
już chyba tak wielka, że nie zważam na nic.
Ogólnie nikt za bardzo się nie odważył się
pogadać z Nią. A ja? Jakby nigdy nic
pogadałem sobie z Nią o jakby niczym...;-).
Być może przechodzę metamorfozę na nieco lepsze.
Po kilku, miłych godzinach spotkanie dobiegło
końca. Wyszedłem z niego z nowymi znajomymi
z całego świata i ogólnie wziąłem maile
od wszystkich także trzeba będzie kiedyś
ich do Polski ściągnąć. Zagrać mecz Polska
- Brazylia albo cos...;-). Weekend dobiegł
końca. Po nim przyszła znowu szkółka. Kiedy
pisze tą notkę jest już środa. Jutro ostatni
dzień i przerwa świąteczna. Cieszę się
niezmiernie z tego powodu i mimo, że mam
dużo do zrobienia w związku z moja graduacją
to patrzę z nadzieja w przyszłość. W końcu
mi się wszystko ułożyło mniej więcej jak
chciałem. Mam jasny cel, a wszystko co się
dodatkowo przy nim wydarzy to tylko jeszcze
jeden bonus. Czas żeby w końcu zacząć coś
robić w tym marnym życiu co nie ludziska.
Starość nie radość.. ;-) ...ja juz mam 18 lat
naprzykład... juz końcówka...;-) Z tą pozytywną
energią ode mnie i z USA, które czasami
pokazuje normalną twarz zostawiam Was wszystkich
na święta i życzę wszystkiego naj naj najbardziej
najlepszego z najlepszych. Być może walnę jakąś
notę w połowie świąt... jeszcze nie wiem... zobaczę.
To tyle moje ziomki... poimprezował bym sobie z
wami.. ale cóż... jeszcze będą okazje...a tymczasem...
(-;...Here Comes Santa Claus...;-)
...Peace 4 Piochu...
Link 28.12.2006 :: 23:01 Komentuj (4)"And I"
"This is my december
this is my snow covered dreams
this is me pretending
this is me alone
?????????????????
???...and I...???
?????????????????
I just wish that I didnt feel
like there was something I missed"
Christmas, Christmas and after Christmas...:-).
Święta jak to święta. Jakie by nie były to i tak
mijają błyskawicznie szybko. Niezależnie czy to
Polska, USA, czy jeszcze jakieś inne miejsce.
Ja po raz pierwszy spędziłem świeta poza moim
domem, bez mojej rodziny i przyjaciół... w miejscu
potocznie zwanym Ameryką. Z tego też powodu moje
święta były jeszcze krótsze, gdyż tutaj są tylko
dwa dni świąteczne - 24 i 25 - a nie jak w Polsce
trzy. Także kiedy większość jeszcze się delektowała
bożonarodzeniowym jedzonkiem (nie można tego
powiedzieć o moim) ja już miałem święta za moimi
plecami. Ciekawi Was zapewne co robiłem przez te
kilkadziesiąt tzw. wyjątkowych godzin. Jak
niektórzy wiedzą w USA nie ma ani typowej wigilii
ani pasterki. Dzień 24 grudnia rozpocząłem od
porannej wizyty w kościele. Następnie udałem się
do rodziny mojej rodziny i tam spędziliśmy kilka
godzin wymieniając się drobnymi prezentami (gdyż
wcześniej każdy losował komu miał prezent kupić),
jedząc pyszności (niekoniecznie) i gadając o niczym
dla mnie ciekawym. Po powrocie do domu musiałem
udać sie znowu do kościoła na mszę za 25, gdyż moja
rodzina nie mogła iść następnego dnia z powodu
wizyty rodziny o poranku. Na końcu tego, dla mnie
strasznie nudnego dnia, moi rodzice goszczący
postanowili złamać amerykańską tradycję i otworzyć
właściwe prezenty nie 25 wczesnym rankiem, ale tak
jak my 24...tutaj jest część o prezentach, której
nie chce mi się opisywać; muszę jednak powiedzieć,
że dostałem całkiem miłe rzeczy...;-). Po części,
która dzieci lubia najbardziej, siedziałem do 3
w nocy z moim "ojcem" oglądając filmy i pijąc
duże ilosci wina własnej roboty (całkiem dobre,
aż mnie łeb bolał następnego dnia). Po tym długim
dniu przyszedł 25 grudnia. Tego dnia odwiedziła nas
rodzinka w składzie: Grandpa Bob, Uncle Mark, Uncle
Bruce, i babcia, której imienia nie pamiętam. Po
małym śniadanku przyszedł czas na kolejne małe
prezenty. Później to już nuda i zmęczenie, które mnie
pokonało i o 5:00 PM poszedłem spać...:-). Wstałem
26 grudnia o godznie 10:00 AM, co oznacza nic innego
jak 18 godzin snu. I tak zakończyłem moje, pierwsze
i kto wie czy nie ostanie amerykańskie święta. Dla
mnie osobiście były nudniejsze (może dlatego że nie
było tu mojej rodziny). Tęskniłem też za polskimi
pysznościami i przyrzekłem sobie, że za rok będę
jadł podwójnie. Co do podsumowania to sam nie wiem.
Wydaje mi się, że polskie święta są bardziej tradycjne
i dla mnie bardziej magiczne. A co do prezentów...to
przecież dla nikogo one nie mają znaczenia...;-).
Tak więc święta przeszły do przeszłości i mimo iż
często byłem znudzony to i tak nie uważam, że ten
czas był stracony. Pewnie dlatego, że ciągle i tak
czekam na coś zupełnie innego w moim życiu i co by
się nie działo będę czuł lekkie znużenie. Dziękuję
jednak mojej sztucznej..:-) rodzinie za bardzo
miłe podejście i prezenty, których wcale nie musieli
mi kupować. Zapomniałem jeszcze wspomnieć, że pokazałem
mojej rodzinie jak się dzielić opłatkiem, bo oni też
tej tradycji nie mają. Nawet im się spodobało...;-).
To tyle o Christmas 2006 from U.S.A. Teraz czekam
na mojego pierwszego Sylwestra (nie zapowiada się
jednak ciekawie) ucząc się troszkę, spotykając ze
znajomymi i kombinując jak się na jakąs imprezę
wkręcić. Czasami też szlajam się po centrach handlowych,
bo po świętach są strasznie masakryczne przeceny,
nawet do 85%. Ostanio kupiłem koszulę za 3 baksy,
przecenioną z 28 i spodnie za 8 doków, z 40. Całkiem
niezły deal jak to mówią. Co do sklepów jeszcze to
muszę powiedzieć, że amerykanie są cieńko trochę
rąbnięci. Mianowicie po świętach jeżeli im się
prezenty nie podobają, albo coś jest za małe to
po prostu zwracają do sklepu, dostają kasę i kupują
sobie coś nowego. Najlepsze jest to, że sam to
też zrobiłem, bo jeden mój prezent nie miał
sensu. Ach ta asymilacja. To tyle na teraz. Odezwę
się pewnie w przyszłym roku...;-). Trochę smutno
i ciężko mi jest ostatnio, ale cóż mam począć...
...nie zawsze jest tak jak chcemy...a raczej
bardzo rzadziutko...życzę wszystkim wspaniałego
przyszłego roku i sobie chyba też...papaty dla
roku 2006...;-)
P.s
Dziękuje bardzo za miłe życzonka od całej klasy
i przepraszam, że sam nie wysłałem niczego, ale
zawsze byłem niezorganizowany troszeczke....;-).
Szczególne podziękowania dla Wandziuli...:*
Thx 4 Senshiro & Skawa