"Goodbye America"
"God Bless America Land that I love. Stand beside her, and guide her Thru the night with a light from above. From the mountains, to the prairies, To the oceans, white with foam God bless America, My home sweet hom"
Nie wiem czy ktoś czyta cytaty, którymi zawsze poprzedzam każdą notkę i tymbardziej nie wiem czy ktoś przywiązuję do nich jakiekolwiek znacznie. Wiem jednak, że ja tak. To one nakreślają dla mnie co ma się znaleść w danym tekście. Zna- lezienie pasującego cytatu to praktycznie połowa sukcesu. Dociekliwi, jeżeli tacy się znajdą, doczepią się pewnie do ostatnich 4 słów powyższego cytatu. Jak mogę wskazywać, że USA jest moim domem, skoro wcale nie jest. I tutaj krytycy znają swoją rację. Ja wcalę nie czuję, że America jest moim domem. Czuję jednak do Niej wielkiego przywiązanie i te 4 słowa są tylko wyrazem szacunku. Wyrazem szacunku dla przy- gody, dla przyjaźni, dla wrażeń i dla niecodzienności, która mi Ten kraj zaoferował. A po co ta notka skoro już jestem w Polsce? A po to żeby się pożegnać z tym co już nie wróci, a przynajmniej nie w takim samym wydaniu. Zanim jednak po- wiem do widzenia (a w sumie z nadzieją, że to jest do zoba- czenia), chcę Wam opisać co się działo w moich ostanich pa- ru dniach w USA, jeszcze zanim odleciałem od ziemii i wzbi- łem się aż pod same niebo. I jak to często bywa w życiu, ostani okres był jednym z najlepszych w całym pobycie. Dużo się działo i miało się wątpliowści co poświęcić w zamian za coś innego. Czas leciał bardzo szybko, a nadmiar wrażeń powodował brak chęci do powrotu. Jednym z wydarzeń, które miałem przyjemność zobaczyć był mecz indoor football'u (football w hali). Spodobał mi się znacznie bardziej niż normalny, ze względu na szybszą i bardziej intensywną grę. Walki między zawodnikami także nie było niczego sobie. Przy- padkiem także wygrałem koszulkę gdyz w przerwie pomponiary rzucały je w kieruku publiczności i mi udało się jedną złapać. Żałuję jednak, że nie powiodło mi się złapanie piłki, które też można było zdobyć za free. No ale prze- cież nie można mieć wszystkiego. A tak na marginesie to hymn na tym meczu śpiewała córka Hulk'a Hogan'a, Brooke Hogan...jak ktoś kojarzy to dobrze bo ja nie...;-). Pod- sumowując jednak, ten mecz był całkiem dobrym wyborem spędzenia czasu. Kolejnym przystankiem w celach przeżycia nadzwyczajnych wrażeń był Ceadar Point. Wybraliśmy się na wycieczkę szkolną jako prezent dla gradujących studentów, tzw. Senior Trip. No i warto było. Ceadar Point to jeden z największych na świecie, jeżeli nie największy park rozrywki. I najważniejszym słowem w tym wszystkim jest słowo Rollercoaster. Jest ich tam łącznie około 30 i aż ciężko wybrać od którego zacząć. A że czasu mieliśmy bar- dzo dużo czasu, spróbowaliśmy wszystkiego (czasami nawet więcej niż raz). Były 180-stki, 360-stki, jazda głową w dół, jazda bokiem, jazda na stojąco, niezapomniane szybkości, tunele, strach że w coś uderzysz a także poczucia niewa- żkości i latania. Jednym słowem wszystko. Mi najbardziej w pamieć zapadły dwa miejsca. A mianowicie Dragster - na tym rollercoaster'rze rozwija się prędkość 120 mph po czym kolejka wspina się pionowo w górę, jedzie 7 mph na szczycie i kończy jadąc znowu 120 mph pionowo w dół; oraz Power Tower - to wieża o wysokości ok. 50m, na której zostajesz wynie- siony w górę po czym zaczynasz spadać w dół, czuję się jakby siedzonko pod Tobą wyparowało a Tobie dodano skrzydeł. Niesamowitość, jak wszystko w Cedar Point. Inną atrakcją, która sobie zprezentowałem w tym miejscu była kąpiel w jed- nym z Wielkich Jezior, a dokładniej Jeziorze Erie. Cedar Point jest bowiem zlokalizowany tuż przy nim, koło miasta Sandusky w OHIO. Wybrałem się tam z Joschą gdyż chcieliśmy tylko zobaczyć plażę. Ale że ja nie wybaczyłbym sobie gdy- bym się nie popływał, szybko zrzuciliśmy koszulki i jump do wody. Długo nasz kąpiel jednak nie trwała gdyż po chwi- li usłyszeliśmy gwizdek ratownika. Wytłumaczył nam, że se- zon się jeszcze nie zaczął i nie można się kąpać. Się z Jo- schą załamaliśmy, przespacerowaliśmy po plaży i wróciliśmy dalej na rollercoaster'y. Jeziro Erie jednak zaliczone. Cały zresztą dzień był bardzo pomyślny i zabawny. Po po- wrocie byłem tak zmęczony, że się odrazu glebnąłem spać. Jako, że to ostania notka związana ze Stanami, trzeba tak- że zakończyć stronę sportową. Nasz sezon lekkoatletyczny nie był może do końca udany, ale napewno pełny fajnych wydarzeń, które będą się odbijały w moich wspomnieniach. No bo przecież jak ja miałem wygrać z czarnoskórymi bie- gaczami, dla których 10,5 na 100m w wieku 16 lat jest poprostu naturalne. Amerykanie zawsze byli znakomici w lekkoatletyce i ja teraz wiem dlaczego. Widziałem to wszystko z bliska na własne oczy. A co do mojego sezo- nu to skończył się on na dystrykcie. Szczególnie dołują- cą była porażka w 4x100. Nie udało się nam dostać na wyższy szczebel (tj. region) gdyż przegraliśmy o 0,02s. Musieli sprawdzić nasz bieg na zdjęciu żeby do tego dojść. Z mojej szkoły do Stanu udało się tylko dostać dwóm osóbkom, biegaczowi długodystansowemu i skoczkowi o tyczce. Ale nie- stety nie poszło im tam najlepiej. Dla mnie jednak track to pozytywne wspomienia. Ciężko się biegało, ale było zabawnie. Poza sportem i zwiedzaniem ciekawych miejsc nie obeszło się także bez imprez. I tak zawsze było strasznie miło, a w nie- które rzeczy, które się na nich działy to aż ciężko uwierzyć. Ale to już jest czysto Amerykańskie podjeście. Ja zawsze po- zostawałem sobą. Ale co wspomnienia to wspomnienia...;-). Wzruszyłem się także, że ludzie byli smutni z powodu mojego wyjazdu i każdy chciał mnie na jakąs impreze wkręcić. Ale przecież rozdwoić się nie mogłem. Najważniejsze, że nie dałem się jakoś głupio złapać (choć raz policja zatrzy- mala nas jadących na impreze; na szczęście puścili nas wolno) bo tak to nie był bym dopuszczony do graduacji na co tak ciężko pracowałem cały rok. A tak to w końcu stało się. Dnia 27 maja w uroczystej gali kończącej moją edukację w USA otrzymałem dyplom ukończenia szkoły średniej. Dyre- ktor się naszarpał z moim nazwiskiem, ale w sumie przeczy- tał je dość zgrabnie. Po otrzymaniu dyplomu rzuciliśmy na- sze czapeczki w górę, porobiliśmy pamiątkowe zdjęcia i to już był koniec High School. Shake & Bake Baby...;-) Na 2 dni przed wylotem do Polski miałem w rękach to po co przy- jechałem, misja była zakończona sukcesem. Ostanie 48 godzin spędziłem w gronie moich przyjaciół, którzy odwiedzali mnie żeby się za mna pożegnać, a także z moją rodzinką. Zagrałem także kilka ostanich meczy w kosza na boisku w pobliżu mo- jego domu. Przez 10 miesięcy spędziałem tam dużo czasu. W ostanim meczu naszy drużyna w składzie: dwóch Amerykanów, Brazylijczyk, Turek i ja pokonała 5 Amerykanów. Wszystko zakończyłem ja, pięknym rzutem za 3 punkty. Czas w USA dobiegł końca. Pakowanko (choć nie wszystko mi się zmie- ściło), ostatnie formalności i czas było jechać na lotnisko. A tam się moja rodzinka popłakała i wcale chyba nie chciała się ze mna rozstawać. Było to naprawdę wzruszające. Ale wszystko się kiedyś kończy. Kilka przepraw i poleciałem do Chicago. Tam czekając na samolot do Kopenhagi, obejrzałem mecz NBA i to był moja ostania czyność w Stanach Zjednocznych. Teraz jestem w Polsce, moja przygoda z życiem trwa nadal. A czy Wy chcecie przeczytać jej dalszą część? Chciałbym to wiedzieć. A narazie się żegnam z Wami i cieszę się wakacjami. Rodział zwany "American Dream" uważam za zamknięty. Goodbyes...:*
Podziękowania dla wszystkich dobrych ludziczków, którzy intersowali się moimi losami za wielka wodą, wspierając w ciężkich sytuacjach i pobudzajać w chwilach szarości. Bez Was pewnie nie dałbym rady. Także gorące buziaczki, całusy, uściski rąk i czego tam tylko sobie zapragniecie.
Dziękuję...
...Maybe...
...My Story Will Be Continued...
...Someday...
|