"Turn It Up"
"I'm show you how to get your shine on
Turn it up the DJ playin my song
Everybody keep on callin my phone
Which one of y'all am I gonna take home
I'ma show 'em how to get the club crunk
Give 'em something thats goin' rattle that trunk
Tip ya cups up until ya get drunk
Tell the DJ to play it loud and turn the beat up"
Serdecznie witam wszystkich fanów piłki nożnej
z całej Polski w kolejnej kolejce Ligi Mistrzów.
Dzisiaj jesteśmy na stadionie Camp Nou gdzie
drużyna Katalończyków z Katalonii zmierzy
się z Chealsitami z Chelsea...oj przepraszam z
Londynu oczywiście. Czy magiczny Ronaldinho
wygra kolejny mecz dla Dumy Katalonii czy może
to jednak Gallas będzie sadził swoje wielkie
susy. Przekonamy się o tym przez najbliższe 90
minut. Wszyscy jak to czytają to pewnie zadają
sobie pytanie - o co k... mu chodzi? A o to,
ze powoli staje się drugim Darkiem Szpakowskim.
Tak samo jak on, tydzień w tydzień komentuje i
analizuje (nie przeceniajmy Darka... :P). Darek
odwiedza stadiony świata, ja odwiedzam moje
szare komórki i przedstawiam Wam jak tylko
najlepiej potrafię mój świat. To tyle tego
Handy Dandy (spytajcie się jakiegoś Amerykańca
co to znaczy, bo ja żadnego nie mam w okolicy)
wstępu. Czas przejść do ostatniego tygodnia,
który jednocześnie był pierwszym w całkiem
nowiutkim kwartale. Musze przyznać, ze całkiem
dobry początek i nawet błysk na progu był...:)
Zaczęło się śmiercionośnie --> Boo Oczywiście
jak zwykle żartuję bo było wręcz przeciwnie.
Mam na myśli Halloween. Odwiedziło nas całkiem
przedużo dzieciaków, które wędrowały ulicami w
ciekawych przebraniach i zbierały cukierki
(chyba, że ktoś woli psikusy...:) W USA to
znane stwierdzono brzmi: Trick or Treat.
Także było całkiem zabawnie. Spidermany, duchy
i inne kosmiczne stworzenia pukały do moich
drzwi co chwila. Oczywiście powiedziałem im,
ze zjadłem wszystkie cukierki i niech się
bujają... ;) ... I'am just kidding...:P. Mam
trochę fotek, ale gdzieś mi wcięło kabelek
i nie mogę zgrać zdjątek. Wybaczcie....;]
Co tam dalej? Jak przystało na Polaka
zgarnąłem kilka A w tym tygodniu i dobrze
wszedłem w druga rundę pucharu świata.
Zapłaciłem także za Ski and Board Club i to
ogólnie znaczy, że już długo nie pożyję. Po
raz pierwszy zobaczę jak to jest być Albeto
Tomba. Później Wam napisze sprawozdanie jak
zginąłem...;]. Jakby mi było mało dobrych rzeczy
to otrzymałem kolejna super wiadomość.
Mianowicie chodzi mi o soccer. Będę miał okazje
znowu sobie posiatkować wszystkich po kolei.
Tylko tym razem gramy na hali i poza szkołą.
Jednak bardzo się z tego cieszę i mam nadzieje,
że wy też...:]. Dopełniając ten tydzień powiem nie
o czym innym, jak o kolejnym sporcie. Zaliczyłem
moja pierwsza grę w golfa. Ludziska, normalnie
nie macie pojęcia jak to jest kosmicznie trudna
gra. Nie trafiłem chyba ze 100 w piłeczkę. Mimo
to parę razy mi się udało i musze przyznać, że
fajne uczucie jak piłeczka leci i leci. Tak wiec
ogólnie dużo frajdy, fajna gra, ale ciężutka.
Trzeba będzie poćwiczyć. Następnym razem musimy
wziąźć samochodziki i zrobić Need For Speed'a..;]
Z innych mniej ważnych rzeczy mogę powiedzieć,
że zaopatrzyłem moja rodzinkę w DVD - a co to jest??
Nie no wiedzieli oczywiście, ale nie mieli w chacie.
A, że ja potrzebowałem to sobie kupiłem. Tak myślę
czy PES'a instalować. To się może źle skończyć.
Zdecyduje później. A tymczasem kończę tą notkę.
Nie mam siły analizować społeczeństwa w tym
sprawozdaniu chociaż jest kilka ciekawych rzeczy
to powiedzenia. Zostawiam to na przyszły tydzień.
Zakończę moimi planami na weekend. Zapowiada się
ciekawie. Znowu będę robił rzeczy, których nigdy
nie próbowałem. Kręgle i paintball. Cóż powiedzieć
mogę. Trza łapać okazje no i Carpe Diem....;]
P.S.
Zaczął się sezon NBA. Ogólnie chyba juz nie będę
miał czasu na nic. Mecz za meczem śmiga w TV. To
tego jeszcze ten pogięty na maksa LOST...:).Chyba
polubiłem amerykańska telewizje. Tak wiec NBA on
TNT all the time. Juz się więcej nie uczę mamo...:P
Haha... nic mi nie możesz zrobić... :P. Jak cos to
krzyknij coś. To tylko 8000 mil co nie. Całkiem
w okolicy...:). Pozdrówki dla wszystkich co mnie
nienawidzą, bo jakoś nie słyszałem żeby ktoś mnie
kochał.. :) ... :P
(:..Niech Roni Bedzie Z Piossim..:)
"Życie"
"Wszystko to co mam,
wykradłem Bogu gdy spał
i tak zabierze mi więcej zatrzymując serce
Życie często przewraca mnie,
ale wierzę że podniosę się"
..tic - tac...tic - tac...tic - tac...
Mijają sekundy, mijają minuty, mijają godziny,
mijają dni... mija mój pobyt w USA... mija nasze
życie. Dużymi krokami zbliżam się do 3 miesięcy
za oceanem. Pozostaje tylko i aż siedem. Z ręką
na sercu mogę powiedzieć, że czuje się już tutaj
całkiem swobodnie i prawie jak w domu (bo oczywiście
nic nie będzie lepsze niż nasz pierwszy domek)
Mój angielski powolutku się polepsza i już nie
muszę myśleć 5 minut co powiedzieć. Zaczynam się
rozkręcać i uwidacznia się mój świrnięty charakter.
W ostatni weekend jak niektórzy już wiedzą miałem
przyjemność spróbować gry w kręgle. Ogólnie dużo
zabawy miałem i poszło mi całkiem, całkiem... na
potwierdzenie mogę dodać, że miałem kilka strajków
(wszystkie za jednym razem). Następny dzień to
juz prawie jak Irak...;). Pierwszy raz miałem
okazje spróbować gry w paintball. Musze przyznać,
ze można poczuć się jak na wojnie i czasami
adrenalina podskakuje. Na początku nie poszło
mi za dobrze, ale później się rozkręciłem i juz
byłem jak Tom Lee Jones w Ściganym ....:)
Pod tym całkiem ekscytującym weekendzie niestety
trzeba było znowu wrócić do nudnej szkoły.
I ogólnie jak zawsze nic ciekawego się w niej
cały tydzień nie działo. Troszeczkę nauki, a
reszta to walka ze snem podczas każdej lekcji.
Stoczyłem jednak małą walkę o szanse otrzymania
dyplomu ukończenia High School. Niestety ciągle
jestem w kropce i nie mogę powiedzieć ostatecznej
decyzji. Trochę mnie to dołuję. Jak w końcu się
zdecydują to napewno się o tym dowiecie na moim
blogu. W szkolnym tygodniu grałem także pierwszy
mecz w lidze halowej soccer'a. Nasza drużyna jednak
nie jest za dobra i ta liga jest bardziej dla pogrania
niż współzawodnictwa, dlatego tez przegraliśmy 10:5.
Jeden plus...ze mam koszulkę z numerem 99 tak jak
dla zabawy powiedziałem, że chce. Będziemy grali
rewanż z tymi kolesiami, także następnym razem
zjadę ich samemu. Bo w tym meczu podawałem zamiast
strzelać (a i tak miałem 3 kasty z 5). Następny
mecz w środę (dobrze, że Lost'a nie ma). Poza tym
meczem nie mogę nic ciekawego o tym tygodniu szkolnym
powiedzieć. Już jestem tu jaki czas i jest tak
samo jak w Polsce. Ciągle odliczasz dni do weekendu,
do wolnego czasu. Bo w nim juz trochę więcej ciekawych
rzeczy się dzieje. Wczoraj byłem na meczu play-off
football'u. Nasz drużyna przegrała i odpadła z
z rywalizacji. Przeciwnicy zmiażdżyli naszych.
Zresztą ja się nawet cieszę z tego..;). Chociaż
o dziwo wczorajszy mecz oglądałem przez pewien
czas bo w sumie atmosfera była jak na polskiej
pierwszej lidze. I stadion też tego pokroju - a
przecież to tylko High School...:). Ach te Stany.
Jednak po pierwszej połowie było 49:0 i zamiast
meczu, uczyłem Amerykanów polskiego...:). Niestety
nie idzie im za dobrze. Ale co ubawu miałem to
miąłem. Tak poza tym to nie mam żadnych planów
na weekend i raczej posiedzę w chacie oglądając
NBA cały czas (w Polsce niektórzy dużo by za to
dali...:). Tak wiec jak widać jakoś leci... raz
lepiej... raz gorzej... jak to w życiu. Dotychczasowy
pobyt mogę uznać za udany, ale mam nadzieje, że
będzie jeszcze lepiej. Chce się wybrać na mecz
Clevland Cavaliers. Jednak to zależy od mojej
kochanej, prawdziwej rodzinki i czy będą w stanie
mi rzucić kasę na bilet. Poza tym moi, sztuczni
rodzice...:), rzucili coś, że być może na Florydę
się wybierzemy kiedyś tam. Zapowiada się ciekawie.
Jednak narazie musze się trochę nudzić, trochę
zadbać o szkołę i wywalczyć w końcu szanse dostania
dyplomu. Jak się ułoży to musze prawko zdać i
zacząć bryką śmigać i może samemu jakieś imprezy
zorganizować. Ogólnie powiem wam jedno. Przydało
by się tylko parę milionów dolców i można by
tu niezłe rzeczy porobić. Bo możliwości są...:-)
Zakończę dwoma faktami o USA. Pierwszy jest
zadziwiający, a drugi może cieszyć. Zacznę
od drugiego. Kiedy grałem jeszcze sezon w piłe
byłem zmuszony do kupienia korków. Zdążyłem zagrać
w nich tylko dwa mecze i niestety odpadliśmy. Jednak
już w drugim meczu rozwaliła mi się jedna z dziurek
od sznurowadeł. Tak więc pojechałem do sklepu. I
pozytywna wiadomość. Nie dość, że buty przyjęli bez
gadania, to jeszcze mogłem sobie wziąść w zamian
halówki (bo korków juz nie potrzebuje). Już widzę
jak w Polsce by o to problemy robili. Tutaj sklepy
szanują klienta. Nie to co w Polsce. Brawo .
A teraz rzecz, która może dziwić, kiedy się jest
w Polsce i nie było się w USA. Amerykańscy rodzice
są dużo bardziej restrykcyjni niż Ci w Polsce i
Europie. Ja doświadczam tego tylko pośrednio, bo
na końcu sam decyduje co robie, ale z tego co
widziałem w stosunku do mojego rodzeństwa i innych
rodzin czasami przesadzają na maksa. Mówią Ci z kim
się masz spotykać, wtrącają się do twoich spraw i
ogólnie straszni są czasami. Mnie, osobiście to tylko
bawi, ale Amerykańskie dzieciaki raczej nie...:)
Na tej podstawie wysnułem małą teorie, że później
kiedy te dzieciaki idą do Collegu, zaczynają wariować
i bawić się. I stąd te wszystkie filmy i wogóle. Także
innymi słowami High School to nuda, a dopiero College
to dużo zabawy. Także ja trafiłem raczej na nudę.
No cóż... trzeba wykorzystać to co się ma. Mam nadzieje,
że moje życie jest chociaż w miarę ciekawe i nie nudzę
Was. Poza tym dziękuję za wszystkie komentarze i
prószę o więcej. Trzymajcie się bracia i siostry...:)
Piochu ---> My Homie G
Link 25.11.2006 :: 17:25 Komentuj (2)"Conclusion"
"Relations (Apollo had to break 'em)
Creation (A gift, a blessing)
Incarceration (What keeps you down)
Determination (What gets you out)
Equation (When they said you could make it)
Humiliation (What you feel when they say it)
Reincarnation (N-A-V)
Situation (Why we've got to sing)
Elation (Let the drummer kick, so many in need)
Identification (Gives you the right to shoot)
Retaliation (What would it do)
Education (Gives you the right to choose)
Inspiration (Is what pulls you through)
No substitution (No subsitute)
Non-inclusion (You've got to bust through)
Drug infusion (For the chosen few)
Mass confusion (When they say that they died for you)
Solution (It can take a hold of you)
Conclusion"
Moje konkluzje, opowiadania, ciekawostki,
historyjki, opinie, analizy, wizje, obrazy
i inne synonimy tych slow to to czym się zajmuje
od trzech miesięcy. Czasem mi się wydaje, że ten
biały obszar na ekranie jest moim największym
przyjacielem i wrogiem za jednym razem. Gdyż
w życiu często uciekamy do własnego świata jak to
mamy w zwyczaju nazywać. Świata, w którym próbujemy
sobie wytłumaczyć otaczającą nas rzeczywistość,
świata, w którym często dochodzimy do wniosku,
że coś jest nie tak z nami, świata utraty
tożsamości i wiary we własne życie. Ja ostatnio
zawisłem gdzieś dokładnie w tym miejscu. Nie
wiem dlaczego pomimo wszystkiego dobra, które
mnie spotyka i tak coś mnie smuci i prowadzi
do samodestrukcji własnych myśli. Niby wszystko
akceptuje, żyje z uśmiechem na twarzy i mało
kiedy buntuje się przeciwko temu czego doświadczam,
niby wiem co mam robić, niby moje życie toczy się
dobrze... niby. Niestety jednak nie na niby coś jest
w tym wszystkim nie tak. Mimo iż tylko jeden procent
wszystkich moich myśli skłania się w kierunku tematów,
o których teraz pisze to i tak potrafi to w stu
procentach wpłynąć na mój nastój i styl rozumowania.
Ostatnie wydarzenia, ostatni tydzień? Jak sam umiem
wyczytać z tego co zaraz o nim napisze wygląda na
całkiem ciekawy. I nawet był ciekawy. Tylko po
wszystkim siedzę teraz przed komputerem i piszę
o życiu w złych kolorach... nie mogąc dojść do
porozumienia z samym sobą. Czego mi brakuje do
szczęścia?? Czy kiedyś je osiągnę?? Czasami juz
nie mam siły na nie czekać. Dochodzę do wniosku,
że jestem zmęczony i znudzony moim obecnym życiu
i tylko jakiś impuls, zdarzenie, ślepy los może
to zmienić. Może wtedy dojrzę (bo chyba jeszcze
dużo mi do tego brakuje) i prawdziwy uśmiech
pojawi się na mojej twarzy. Tymczasem wracając
z tej mentalnej podróży do normalnego świata
przywołam wam ostatnie wydarzenia. Jeszcze
przed rozpoczęciem zeszłego tygodnia wybrałem
się do amerykańskiego kina. Jedyną rzecz jaką
mam tu do zaznaczania to cena, która wyniosła
tylko $1.50. Zdziwiło mnie to pozytywnie i od
teraz trzeba będzie częściej się wybierać na
jakiś filmik. Tymbardziej, że każdy lubi
porzucać popcornem w amerykańskich ludzi.
Po tym przyszedł jak zawsze relaksujący i
odprężający tydzień szkolny..:-). Na szczęście
trwał on dla mnie tylko 4 dni bo w piątek wybrałem
się wraz z jedna z moich klas na wykłady o
finansach. Dzień ten przebiegł znacznie lepiej
i przyjemniej niż się spodziewałem. Wybraliśmy
się na Uniwersytet Kent State i po krótkim
przywitaniu udaliśmy się na pierwszy wykład.
Bez dwóch zdań zapamiętam jego mówcę do końca
życia. Był nim Gary Broadbent, człowiek z
wielkim duchem i pasją, człowiek po przejściach,
człowiek, który żyje nie z niczego innego jak
właśnie z rzucania bumerangów. Śmiejecie się
pewnie teraz, ale gdybyście mieli okazję Go
poznać przepełniałby was podziw. Zona Gary'ego
umarła około 15 lat, zostawiając go z 5 dzieci.
Jakby było mało, trójka z nich była strasznie
chora (cos z płucami) i lekarze wróżyli im śmierć
ok. 10 roku życia. Gary jednak nie poddał się
i podążył w kierunku życia jak z filmowej
opowieści. Mimo to, że ludzie wyśmiewali
jego pasje to on po tych wszystkich latach
stał się największym producentem bumerangów,
wielokrotnym mistrzem świata indywidualnie
i w drużynie oraz rekordzista świata w każdej
bumerangowej konkurencji. Jego kolekcja
wynosząca około 4000 bumerangów jest dziś warta
bagatela 10 mln dolarów (jak widać bumerangiem
tez się można ustawić). Niesamowite historie
z życia Gary'ego? Jest ich mnóstwo. Pewnego
razu naprzykład chciał On pobić własny rekord
świata w najdłuższym locie - oficjalnie wynosi
on 17 min. Nie pytajcie mnie jak to możliwie.
Powiem tylko, ze koleś studiował fizykę i
jestem pewnego rodzaju geniuszem. Tak wiec
chcąc uzyskać jeszcze lepszy czas rzucił on
bumerangiem z własnej willi i po kilku minutach
zniknął on z pole widzenia. Gary czekał i
czekał, ale jego zabawka nie wracała.
Minęły 4 dni i w końcu do Gary'ego zadzwoniła
kobieta z Virgnii (200 mil od Ohio), że znalazła
bumerang na własnym podwórzu... w tym momencie
jego opowieści szczana mi opadła... :-).
Pozostając przy rekordach zaznaczę, że jego
najdalszy rzut to ok. 0,5 mili...<lol>. Gary to
jest jednak ziom. Następną rzecz, która pozwala
mi podziwiać tego człowieka to jego wyczyn
podczas meczu Bulls'ow. Podszedł on w kierunku
ławki rezerwowych i w momencie kiedy M. Jordan
chciał juz wzywać ochronę rzucił on swój
magiczny przedmiot, a ten obleciał calą
widownie wracając do jego reki. His Airness
był tak zadziwiony, że poprosił Gary'ego
o autograf (sam Gary z kolei dostał podpis
M.J'a). Na podstawie tych opowieści możemy
wysnuć, że nasz bohater nie ma żadnych
zmartwień. Rzeczywistość jest jednak
okrutniejsza niż się wydaje. Pomimo, że
Gary'emu udało się znakomicie wychować
swoje dzieci, które dzisiaj mają już
po około 20 lat i odnoszą same sukcesy
to jednak czasami los nie da za wygraną.
W tym przypadku jest to choroba płuc, z
którą dzieci Gary'ego musze się mierzyć.
Niestety jednemu z nich lekarze powiedzieli,
że jego życie zmierza ku końcowi i to tylko
kwestia 2 lat kiedy jego serce przestanie
pracować. Mimo tej wieści, znakomicie
nastawiony do życia syn Gary'ego się nie
poddał i stara się wykorzystać to co mu
pozostało. Opuścił szkołe i podróżuję
po świecie aby zobaczyć jak najwięcej
do czasu... aż łza mi się w oku zakręciła.
Jak wiec widzimy życie Gary'ego ma też
smutne aspekty. Jak on to przyjmuje?
I tu dochodzimy do miejsca gdzie pokazuje
on swoja największą siłę. Mimo smutku,
który napewno w nim jest wcale nie idzie
po nim poznać zniechęcenia czy utraty
wiary. Zachowuje się wręcz przeciwnie.
Potrafi opowiedzieć swoja historie życia
z takim luzem, że czasami Marcin Daniec czy
inne świry się chowają. Tak jakby każde
niepowodzenie działało nie niego motywująco.
I właśnie tą wiadomość stara się przesłać
młodym ludziom, którzy często błądzą i
trącą nadzieje. Dlatego też walczmy o nasze
marzenia i nie poddawajmy się. Ja ciągle
próbuje, a personalia jak Gary potrafią
przywrócić wiarę w człowieka. Dla mnie jest
On czymś w rodzaju sportowego papieża.
Potwierdzają to nawet jego częste podróże po
świecie (cztery razy Japonia naprzykład -
chciałoby się Gilu co nie...:-) ). No i tego
jego bumerangi. Pokazał nawet nam kilka
sztuczek takim małym łapiąc go w zęby albo
nogami. Koleś jest moim idolem bez dwóch zdań.
Jednocześnie dołączam go jako pierwszego,
honorowego członka do galerii ludzi
pozytywnie zakręconych...:-). No bo przecież
jak ktoś rzuca bumerang, idzie do McDonald'a
na Big Mac'a, wraca i łapie go to nie jest
normalny , jest niesamowity. To tyle o
fenomenie Gary'ego... mam nadzieje, że nie
nudzie. Po jego wykładzie dalej było, już
trochę nudniej, ale do zaakceptowania.
Zobaczyłem jednak uniwerek i wiem to jak
to wygląda w przypadku ewentualnego powrotu.
Musze też przyznać, że spotkałem trochę
ładniejsze amerykanki. Jako, że byli tam
ludzie ze szkół z całego county (cos a’la
powiat) można było poznać kogoś spoza
Tusky Valley. I doszedłem do wniosku, że
jak zawsze ja musiałem mieć pecha i trafić
w nieco odludnione od ładnych, mądrych
(i co tam tylko kobiety lubią jeszcze
słyszeć) dziewczyn. Co zrobić...;-)
I tak się zakończył mój piątkowy dzień
a zarazem cały tydzień. Po tym przyszedł
całkiem dobry weekend z dawką paintball'u,
football'u i amerykańskich filmów komediowych.
A później znowu trzeba było się wtopić
w tłum szkolnego ludu. Jednak po raz kolejny
na krótszy czas. Jedynie trzy dni i dzisiaj
kiedy piszę tą notkę 5 dni wolnego przede mną.
Jakoś te moje notki niechronologiczne są..:-)
W piłce halowej z kolei zagraliśmy dwa mecze.
Jak juz powiedziałem moja drużyna jest jednak
słaba i niestety pierwszy przegraliśmy 10:9
(5 kast i 4 asysty z mojej strony...zaraz...
przecież to razem 9...:-) ). W drugim jednak
niemiec wrócił do składu i już wygraliśmy
6:1 - dwie kolejne bramki. Przeżywam jednak
teraz małego stracha. Niestety znowu źle
postawiłem nogę i niemal skręciłem po raz
czwarty lewą kostkę. Boje się strasznie o
moją nogę i czasami mam czarne myśli o
tym, ale jak Gary pozostanę pozytywistą
(a może optymista??.... Pani B. nigdy nie
umiała nic dobrze wytłumaczyć.. :-P)
To chyba tyle wydarzeń z ostatnich dniów :-)
Przede mną Święto Dziękczynienia a po tym
krótkim wolnym wrócę do szkoły aby stoczyć
mam nadzieję ostania rozmowę z dyrektorem w
sprawie matury. I fakty pozwalają mi myśleć,
że odpowiedź może być tylko jedna - pozytywna.
Jak można dostrzec dawno nic nie wspominałem
o nauce. Jak wiecie drugie 9 - tygodni leci
i musze nawet przyznać, że czasami nawet
troszkę nauki jest. Ale, że ja dostaje lepsze
oceny, gdy uczę się mniej to ciągle utrzymuje
same A (bo B+ z finansów wkrótce zmieni się
w A). Co do konkretniejszych rzeczy to chce
wam krotko napomknąć o jednym z moich
projektów. Na lekcji Health zostaliśmy
zmuszeni (poprzez losowanie) do założenia
fikcyjnych rodzin. Tak to prawda...
...mam żonę...:-). Celem jest poszukanie
domów, samochodów i porobienie budżetów.
Taka nuda jednym słowem. Ale jedna rzecz
była zabawna. Jak to w rodzinie musza być
dzieci. Te, były reprezentowane przez
ozdobione jajka, które trzeba było przez
jeden dzień nosić. Dodatkowo trzeba było
na nie uważać bo jakby jakiś nauczyciel
zobaczył, że źle je traktujesz to minus
punkty można było otrzymać. Niezły ubaw
miałem z tego wszystkiego..;-). I nawet
się przywiązałem to mojego dzieciątka.
Jednak niestety w tym momencie jest już
uśmiercone. To tyle o tym. Dodam tylko,
że tutaj pełno jest takich świrniętych
projektów. A teraz chciałbym jeszcze
wrócić do mojego stanu psychicznego.
Jako, że piszę tą notkę z 3 dni już
to nie wiem co miałem namyśli w jej
mentalnej części. Gdyż dziś czuję się
już nieco inaczej i ciężko mi coś do
tej pierwszej części nawiązać. Domyślam
się jednak, że wynikała ona z mojego
cierpienia gdzieś w głębi serca, które
chce być kochane, ale niestety nie
widać nikogo (a raczej żadnej) kto
mógłby to uczynić. To powoduje mój smutek,
znudzenie i częsty brak sensu w całej mej
życiowej podróży. Pewnie jeszcze nie raz
napisze na tym blogu coś dołującego i
jestem całkiem pewny, że może to być
całkiem niedługo. Bo mimo iż przed
wewnętrzną pustka można się chować, to
niewypełniona będzie się prędzej czy
później odzywać. Brakuje mi jakiejś,
życiowej autorealizacji, miłości, części
mnie co powoduje postrzeganie siebie
samego siebie jako nienadającego się
do życia społecznego i do niczego, jako
człowieka, który czegoś chce, ale nie
wie jak to osiągnąć, jako człowieka,
który nigdy nie miał okazji do poddania
się bo tak naprawdę nigdy nie zaatakował.
A o czym ja pisze to tak naprawdę nie
wiem. Tęsknota... być może... niedocenianie...
...być może... brak wiary w siebie... być
może... cale życie będę szukał tej
ostatecznej, upragnionej konkluzji...
P.S
Jak dobrze pamiętam to pytaliście jakich
polskich słów uczyłem amerykanów. Tak więc
jak się nie mylę to uczyłem mojego kumpla
z Algebry Mark'a Scott'a Junior'a (notabene
przyszły, biały Tiger Woods) liczyć od 1
do 10, a także słowa równanie. Teraz może
on powiedzieć na lekcji: Mr. Troyer...
...I've solved this równanie by linear
combination..:-). A że ona polskiego nie
kapisz to wychodzi całkiem zabawnie. A
tak poza tym się pytali o brzydkie słowa,
i dużo innych rzeczy. Wszystkim mówię
żeby przyjechali do Polski się pobawić
bo ich życie towarzyskie sucks...:-)
Ostatnio jestem tak znudzony, że jak
nie poimprezuję to się pochlastam.
A muszę powiedzieć, że nawet nieźle
zdobyłem zaufanie rodziny bo nawet
piwo sobie z nimi wypiłem mimo iż nie
mogę teoretycznie. Ludziska kołujcie
jakiś samolot i przybywajcie to OhIo
a wtedy We would tremble this place.
Pozdrowienia od moich multipersonalności.
Can somebody give me a hug... please...??;-)
P.S 2
Jak tak czytam tą notkę to się boje co
będzie za 7 miechów... bo mój polski
jest czasami tragiczny...;-))
Prośba
Dajcie mi jakieś opisy o maturze i jak
tam wam poszło... i wogóle... to komentujcie
jak najwięcej. Pozdro..:-)
Piochu!!! Jak Braca nie wygra to masz w ryj...;-)