"miłość czy Miłość?"
"Nie ważne czy jesteś dzieckiem
Czy może patrzysz na dzieci swoich dzieci
Nie ważne czy jesteś po ślubie
Czy dopiero szukasz swojego światełka
Nie ważne czy masz bliskich obok siebie
Czy może są daleko
Nie ważne to wszystko jest teraz nie ważne
Napewno nie raz przeżyłeś piękne chwile
Czasem miałeś gorsze dni
Czasem śmiałeś się ze słów takich jak miłość, przyjaźń
Lecz czasem potrzbujesz ich
Najważniejsze jest żebyś miał pewność,
że jest ktoś kto cię rozumie
Bo jeśli będziesz sam
to twe życie urwie się jak ten wstęp"
Verba

Dwa serduszka z lodu pływające w drinku, który teraz
pije. Wydaje się jakby to miało pasować to tego ułamku
mego życia, który spędze pisząc te słowa. Gdzie się
nie ruszysz, gdzie nie zamkniesz uszu, gdzie nie
zamkniesz oczu, tam miłośc i te serca w kształcie serc.
I nawet tam gdzie przymróżysz te oczy, gdzie przymkniesz
uszy, tam też ta czerwoność. Jak było to było mało nawet
te oczy i te uszy, i te usta, i ta skóra, i te włosy, i
to wszystko, tam też to o czym marzysz, tam też to na
co czekasz, tam też to czego ja przynajmniej nie mam.
O tej i tamtej miłości, słów już padło miliony...
...zarzutów...uwielibień...pełnych nienawiści...pełnych
miłości...słów już padło miliardy, więcej niż gwiazd
na siedmiu niebach. Dla miłości nie będzie więc to
miało żadnego znaczenia jeśli zamiast siedmiu zastępów
chmur, będzie osiem, a to ósme z ilością gwiazd taką ile
jest słów w tym moim epicznym poeamcie. Przecież i tak
nikt nigdy ich nie policzy bo to by świadczyło conajmniej
o tej miłości przez małe "m". Zastanawiam się dlaczego
właściwie piszę to wszystko, ale w sumie tak sobie Pan
Jakubek jak to Go naywają siedział dziś i nagle pomyślał
o notce. Z tego co wiem On na ogół co myśli to robi, więc
jest słów jego potok. Pominie On dzisiaj wszystko co się
działo w jego życiu gdyz tak niedawno był tylko dla Was
i naprawdę dużo się nie zmieniało. Aczkolwiek jest dziś
radosny bo już tylko egzaminy dzielą go od końca 1-ego
roku. Żadnych zajęć, żadnych projektów, nieczego...
Cieszy się a zarazem zastanawia się co by tu ciekawego
zrobić. I narazie, wymyślił notkę. A notka jak to jego
notki, ciągle o tym samym, ciągle w tym samym, prze-
pięknym znaczeniu, ciągle o tych szęciu literach z
jego opisów. Przypominając sobie wcześniejsze potoki,
Jakub twierdził, że jakoś tak jego życie jest poskładane
jak to origami, i że będzię sam. Nie to, że w to wierzył,
nie to że tego chciał, ale jakoś tak gdzieś w głębi
tej głębokiej swojej czuł. Ale przecież no, to nie
myślenie godne tej poczciwej jednostki jaką jest
człowiek. Człowiek powinien wierzyć w miłość, człowiek
powinien wierzyć w Miłość, człowiek powinien wierzyć
w miłości. I tak od dłuższego czasu postanowił Jakubek.
Myśli sobie teraz, może i spotka Miłość, może i nie spotka.
Ale jak spotka tą Miłość o której On w swoich nocnych
snach myśli, to Wy miłośnicy moi, takiej Miłości nie
widzieliście. On policzy ile włosów Ona ma na głowie,
On wsypie Jej ciepły piasek plaży do pępka a później go
wydumcha oddechem na który Ona zasługuje, On różami
pościeli Jej drogi i lirycznie i fizycznie, On to
sprawi, On to zrobi, bo On tego wcale nie chcę, On
tego poprostu potrzebuję. A jeśli nie będzie mu dane?
On się nie załamie, On pójdzie tarasem zachodzących
słońce i sprawi uśmiech na tych twarzach co może. Bo
On, tak ten właśnie On, On wierzy w miłość, On odda
życie za Miłość, On jest z miłości miłościwie stworzony.
A Ty, Ty się zastanawiaj czym jest miłość przez małe
"m", a czym jest Miłość przez duże "M". A jak się
dowiesz, to nie mów o tym nikomu i zostaw to dla
swoich m-ów i Swojego jedynego M-a.
...a moje serduszko ciągle wolne, ciągle szybujące na
niebieskim i niebiańskim niebie, ciągle mocno czerwone,
ciągle pragnące...
..."Dotykam
Ciebie
w wyobraźni,
może czas
Ci to kiedyś wyjaśni"...
"Wierszów Pisanie"
"Chcę napisać wiersz,
który przetrwa świat,
może znajdziesz go za kilka lat,
gdy przeczytasz go,
w końcu dowiesz się,
że naprawdę Kochałem Cię."
Verba

"Kontrasty"
Czarna ulica uderzyła dziś,
Mrocznością.
Zakamarki duszy okryły się,
Ciemnością.
Twoje serce ciągle zmartwione,
Pustością.
Tylko bratania dusza może być,
Twą anielską jasnością.
Mrocznością, znaną tylko sobie.
Ciemnością, nawet nie chcę słyszeć o Tobie.
Pustością, tą niechcianą dla serca nagością.
Jasnością, twą anielską jasnością.
Kolorowa tęcza zachwyciła jutro,
Niespotykalnością.
Zakamarki duszy przykryły się,
Radością.
Twoje serce nagle zachwycone,
odmiennością.
Bratnia dusza uporała się,
Z dnia poprzedniego czarnością.
Niespotykalnością i mrocznością
Radością i ciemnością.
Odmiennością i pustością.
A wszystko jasnością.
Bratnia dusza.
J.M.
"Ta Druga Osoba"
W myślach
Aureolą najpiękniejszego z kwiatów.
W marznieach
Obrazem najlepszego ze światów.
W duszy
Nie ironią, lecz ukojeniem katuszy.
A w sercu
Zabójcą wszystkich ludzkich morderców.
To nie cierpienia kolory masz.
Lecz raczej odcienie radości znasz.
Nie nienawiścią kierujesz się.
Lecz miłością gdy już ktoś pozna Cię.
Słowa nieodpowiedni w słowniku nie masz.
I tylko z Tobą życie to więcej niż poemat.
J.M.
Wiersze powstały w czasie zajęć o hardware na
Newcastle University z powodu uczuć bliżej
nieokreślonych. Wnioski. Informatyka rozwija
ducha. Podejście. Czysto moje.
Proszę o opinie....
Brak mi...
Link 27.12.2007 :: 21:16 Komentuj (2)"Prison Break"
"If tomorrow is judgement day (sing mommy)
And I’m standing on the front line
And the Lord asks me what I did with my life
I will say I spent it with you, it’s alright
There will be trials and tribulations
But don't let them, don't let them bring you down
I said you better keep going to your destination
After your darkest hour the sun will come around"
Whitney Houston & Amerie
"Your love is my love and my love is your love
It would take an eternity to break us"
Whitney Houston
Wierzyłaś? Wierzyłeś? Czy ktoś wierzył, że spotkamy
się w tym moim świecie jeszcze raz? Pewnie, że tak.
Ja wierzyłem. A, że ja oznaczam ten świat, a ten świat
oznacza mnie, właśnie czytasz co moja głowa znów wymy-
śliła, a palce napisały. Nie bój się jednak, jeżeli nie
wierzyłeś. Wystaczy, że czytasz bo to oznacza, że choć
nie wierzyłeś, chciałeś przeczytać, a dla mnie to wystar-
czająco poztywne. Długło mnie dla Was nie było, ale w osta-
tnich paru tygodniach chęć napisania czegoś zaczęła do
mnie przychodzić jak promienie światła przebijają się przez
chmury. No i moment ten przyszedł. Ty teraz czytasz moją
notką, a ja pewnie delektuje się lampką wina i uśmiecham
się do Ciebie. Innymi słowy co jest częścią mnie, będzie
częścią mnie. A ten blog był, jest i pewnie będzie. Ktoś
mnie ostatnio zapytał: "Dlaczego już nie piszesz?". Odpo-
wiedziałem, że ten blog nie jest po to żeby pisać wszystko
co głowa przynosi, a bardziej po to żeby napisać coś w spe-
cjalnych momentach mojego życia. W momentach kiedy odczuje
tego potrzebę, chęć i pragnienie. Tak było w przypadku mojej
pierwszej, choć raczej nieszczęśliwej miłości, tak było w
przypadku mojego wyjazdu do USA, a dlaczego jesteśmy tutaj
w tym momencie, tego jeszcze do końca nie wiem. Ale czytaj
dalej, może Ty coś wywnioskujesz. Zanim zabiorę Was jednak
do senda mojej słownej podróży i nawiąże do tego co w tytule
i fragmentach piosenek, które jak wiecie są bardzo ważne w
moich rozważniach bo od nich cała myśl powstaje, chcę Wam
zdawkowo opisać co wogóle u mnie się działo przez te ostanie
parę miesięcy. Chcecie? Jeszcze raz bo nie słyszałem.
Chcecie? No teraz lepiej. A więc robi się...
Wróciłem do Naszej kochaniutkiej ojczyzny w Maju tego roku.
Odświeżyłem sobie Was w pamięciach, nawiązałem nowe zna-
jomości, poprostu bezstroko sobie poleniuchowałem. Życie,
nie pozwoliło mi jednak długo odpoczywać i po zaledwie
miesiącu z Wami, w lipcu udałem się znów poza granice,
do niejakiej Wielkiej Brytwanny. I wszystko po to aby
marnować cenne chwile swojego życia na pracę w fabryce
Kerry Foods ;-). Ale tak to jest, że są już rzeczy i
czyny, które muszą się zdarzyć, niezależnie od naszych
chęci czy nie chęci. Spędziłem tam sierpień i wrzesień,
mieszkając na ostudę w przepięknym miastecznku
Durham. Większośc czasu, spędziłem jednak w pracy. Dużo
więcej do opisywania tu nie ma. Nie lubię tego mówić, ale
chodziło tylko o kasę, choć warto też pamiętać, że żadna
praca nie hańbi i co ważniejsze każda daje doświadczenie.
Kontynując moje wspomnienia, udało mi się zebrać owoce mojej
pracy już na początku października, tuż przed rozpoczęciem
roku akademickiego na Newcastle University. Odprężyłem się,
poimprezowałem, poznałem fajnych ludków i było supcio jak
niektórzy mawiają. No i ludziska. Przyjeżdżacie mnie odwie-
dzić do Newcastle bo życie nocne jest...hmmm jak to ująć...
chyba brak mi słów..;-) Czekam na Was. Co po tym? W sumie to
mogę powiedzieć, że zabawa trwała ;-). Początek mojego kie-
runku (Computing Science - coś a la nasza informatyka) nie był
za wymagający, więc żyłem dośc rozkosznie. Poznawałem nowy
kluby, nowe miejsca i nowych ludzi. Byłem na meczu Newcastle
i musze przyznać, że coś niesamowitego, chodziłem na lekcje
tańca, no i poznawałem ludzi z innych krajów jak już mam w
zwyczaju. Jednak, że to co dobre nie trwa wiecznie, musiałem
zejść na ziemię. Studia stały się bardziej wymagające, a kaska
zaczęła się kończyć. Główka musiała zacząć pracować. Po cię-
żkich poszukiwaniach, przyszło mi pracować part-time w
najlepszej firmie świata McDonalds ;-). Ale w sumie wiecie co?
Nie narzekam. Muszę jednak zdradzić, że niedługo chyba opuszczę
tą "pracę życia" i przeniosę się do spoczko oczko hotelu.
Lepiej płacą i przyjemniej się pracuje. Jeśli chodzi o studia,
to teżudało mi się zmobilizować i ogólnie nie narzekam na
swoje wyniki. 3mam nawet za siebie palce u stóp żeby szło mi
tak dalej. No i żebym zdał ezgzaminki w styczniu. I to bybyło
w sumie na tyle. Ogólnie rzecz biorąc studiuje, pracuje,
no i czasem zdarza mi się robić to co tygryski lubią naj-
bardziej. Nie udało mi się przyjechać na święta do Polski,
ale jestem do Waszej dyspozycji już od 24 stycznia. Możecie
mnie przytulać, całować i co tylko chcecie. Róbcie co Wam
się żywnie podoba. Wtedy też opowiem Wam o wszystkim co
chcecie wiedzieć w detalach. A jak coś Cię nutruje teraz, to
daj znać ;-). Tylko nie każ mi programować ;-). Wziąłem od
tego przerwe na święta ;-).
Wychodząc z tego świata realnego, wrócę teraz do tego co
chyba kocham najbardziej. Mianowicie, do świata liryki, do
świata gdybań,a mówiąc inaczej do świata miłości i idealizmu.
Jeżeli ktoś czytał namiętnie moje "internetowe książki",
znane jest mu moje pragnienie miłości, pragnienie znalezienia
tej jedynej, wyjątkowej i niespotykanej, pragnienie czucia
czegoś co tak zaszyje się w moim sercu tak, że już nigdy Go
nie opuści. Muszę Was i siebie jednak zasmucić, żę ciągle
wszystko pozostaje wyidealizowanym marzeniem. Smutek nie
trwa tu jednak długo bo w moim życiu pojawiła się mała
iskierka, mała iskierka czegoś co daję poztywne myślenie na
przyszłość. I wszystko dzięki pewnej, jednej, takiej osóbce.
Osóbka ta pozwoliła siłą miłości, które drzemią we mnie, się
niejako odrodzić. Piszę odrodzić, bo prawdą jest, że czasami
już mi brakuje nadzieji, czasami wiara w miłość mi poprostu
diametralnie ucieka w kąt. Ale ta osóbka sprawia, że tak się
nie dzieje. Ta osóbka rozumie mnie jak chyba nikt na tym świe-
cie, z tą osóbka rozmawia mi się jak chyba z nikim na tym świe-
cie, ta osóbka poprostu pozwala mi wierzyć, że i dla mnie
istnieje jeszcze wiele dróg do odkrycia. Jednak to już jest,
że ta osóbka może być tylko moją inspiracją, i nie może być
Tym moim marzeniem. Nie smucę się jednak. Cieszę się jak małe
dziecko, że pojawiała się w moim życiu (w sumie dość przypa-
dkowy sposób), i dała mi w wiarę to, że na tym świecie jednak
może być ktoś kto mnie w pełni zrozumie, ktoś kto będzie czymś
w rodzaju mojej drugiej połówki. Buziak Jej za to. A więc,
kiedy już wiem, że ktoś taki może istnieć na tym świecie, moje
serce znów się otwiera i będzie wołać o Nią (gdziekolwiek jest)
do momentu aż przyjdzie, wejdzie do środka i zakluczy moje
serce aby było tylko Jej. A wtedy wydostanę się z tego świąta,
w którym brak miłości i moje życie stanie się tak piękne i
wzruszające jak piękno niewinnego dziecka. Po co są te
wszystkie słowa? Dla nadzieji, dla iskierki, dla wiary w
miłość, dla siebie samego...jedni uciekają z więzień norma-
lnych, inni uciekają z więzień liryczych. W obu przypadkach
jednak słowa "Prison Break" obowiązują...
"This is life
Yo I don't care, I don't care if nobody reads this note
That's not even what it's for
It's for you, my girl
This is life
"You gotta keep going on, you gotta keep moving on
Be strong, be strong, be strong
Cause this is life"
"Better Than Me"
"I don't know what to take
Thought I was focused but I'm scared
I'm not prepared
I hyperventilate
Looking for help somehow somewhere
And no one cares"
Tak już to jakoś jest, że człowiek się przywiązuje.
Przyzwyczajamy się do nowych sytuacji życiowych, nowych
ludzi, nowych miast, a nawet i do tego, że co jakiś czas
mamy wołanie w swoim umyśle żeby napisać sobie gdzieś coś
o własnym życiu i jego przebiegu. Niektórzy mają pamiętniki,
wielcy autorzy mają książki, a ja mam sobie takiego blog'a.
Niby to nie ambitne, niby nie to wielce potrzebne, ale jed-
nak. Z innych powodów się zaczynało, o innych się kontynuje,
historia jednak trwa i narazie będzie trwać. Może kiedyś z
tego wyrosnę, może już wydoroślałem, a może to wcale nie
o dorosłość chodzi. Bo czy człowiek tak naprawdę kiedyś
dorasta? Teoretycznie tak, ale serca mi podpowiada, że nie
do końca. Niezależnie od wieku, żyjemy marzeniami o lepszym
świecie, życiu, a conajmniej wyobrażeniami o radośniejszej
rzeczywistości, która żyjemy na co dzień. Człowiek bez zmar-
twień poprostu nie istnieje. Istnieje za to pogoń za szczę-
ściem. Prawdą jest jednak, że nigdy go dogonimy. Możemy się
do Niego zbliżać, możemy się w Nim zanurzać, możemy w wokól
Niego na chwile zostać, ale nie możemy z Nim zostać na za-
wsze. Perfekcyjności będzimy się doszukiwać już w innym świe-
cie. A tymczasem dopóki żyjemy, będziemy doświadaczać dosło-
wnie wszystkiego. Będziemy skakać od uczucia przez przeczucie
do odczucia, od skrajności w skrajność, od smutku do radości
i co najważniejsze od nienawiści (oby tej było jak najmniej
albo i wogóle) do miłości. Będziemy się także wachać, bać,
wołać o pomoc i gubić. Bo my nigdy nie będziemy bezbłędni.
I tak też jest ze mną po powrocie z USA. Warto było, fajnie
było i napewno zrobiłbym to drugi raz jak bym miał wybierać.
Czuję się znacznie pewniej w życiu niż przed tym jak wyjeżdż-
ałem i musze przyznać, że całe doświadczenie strasznie mnie
umocniło i nadało mi wiary. Znajomi mi mówią: "Zmieniłeś się.",
rodzice: "Jesteśmy z Ciebie dumni.", przyjaciele: "Wydorosla-
łeś.", koleżanki: "Wyprzystojniałeś." :-). A ja sam nie wiem.
Czuje się inaczej, jakoś lepiej i pewniej, ale czy to kwestia
wyjazdu? Chce myśleć, że nie. Dla mnie to kwestia dojrzewania
i znaku, że wchodzę w następny okres życia. Zresztą wszyscy w
pewnych momentach życia do tego dochodzimy. I wiecie co chce
Wam powiedzieć? Boję się. Jestem pewny siebie i skoncentrowa-
ny, ale boję się przyszłego życia. Boję się mijającego czasu i
tego, że nie znajdę miłości, boję się, że ciągle coś mi będzie
w tym przeszkadzało, boję się, że osiągne wiele zawodowo, ale
będę sam,a tak w gruncie rzeczy boję się, że nic w niczym nie
osiągne. I tym momencie wcale nie jestem pesymistą. A nawet
wręcz przeciwnie. Jestem nastawiony stasznie pozytywnie do
wszystkiego i tak naprawdę to doświadczam jeden z najlepszych
czasów w moim życiu. Czuje we wszystkim płyność, czuje, że mo-
gę zrobic wszystko, poprostu jakbym nie widział barier. To niby
głupie porównanie, ale to jest tak jakbym poznał Matrix'a. Skąd
ta refleksja o strachu? Z mojego punktu to bardziej analiza
stanu ducha i udowodnienie tego, że szczęścia się nie da dogo-
nić. To strasznie zabawne, ale tak naprawdę to Ono się tylko
nam czasami pozwala złapać. I stąd powiedzenie, że w życiu
piękne są tylko chwile. I tutaj ktoś poprostu był bardzo mądry
żeby to powiedzieć. A co do mnie? Ja sobie będę dalej szukał
idealistów, idealizmu i pięknej miłości. Bo sobie powtarzam w
duchu, że jak Ją znajdę to będę miał pełne szczęście. No ale
zaraz? Czy to nie ja powiedziałem, że idealizmu nie ma. Ktoś
tu chyba czegoś nie rozumie. Albo ten ktoś nie chce zrozumieć
tego specjalnie. Bo ten ktoś pewnie wierzy, że zawsze jest
ktoś kto jest Better Than Me...
...All The Best For The Young Couple...
...Kisses For A Special Person For Some Special Moments...
...Bo W Życiu Piękne Są Tylko Chwile...
...I
choćby dlatego
życie
jest
Piękne...
Link 09.06.2007 :: 15:49 Komentuj (2)"Goodbye America"
"God Bless America
Land that I love.
Stand beside her, and guide her
Thru the night with a light from above.
From the mountains, to the prairies,
To the oceans, white with foam
God bless America, My home sweet hom"
Nie wiem czy ktoś czyta cytaty, którymi zawsze poprzedzam
każdą notkę i tymbardziej nie wiem czy ktoś przywiązuję do
nich jakiekolwiek znacznie. Wiem jednak, że ja tak. To one
nakreślają dla mnie co ma się znaleść w danym tekście. Zna-
lezienie pasującego cytatu to praktycznie połowa sukcesu.
Dociekliwi, jeżeli tacy się znajdą, doczepią się pewnie do
ostatnich 4 słów powyższego cytatu. Jak mogę wskazywać, że
USA jest moim domem, skoro wcale nie jest. I tutaj krytycy
znają swoją rację. Ja wcalę nie czuję, że America jest moim
domem. Czuję jednak do Niej wielkiego przywiązanie i te 4
słowa są tylko wyrazem szacunku. Wyrazem szacunku dla przy-
gody, dla przyjaźni, dla wrażeń i dla niecodzienności, która
mi Ten kraj zaoferował. A po co ta notka skoro już jestem
w Polsce? A po to żeby się pożegnać z tym co już nie wróci,
a przynajmniej nie w takim samym wydaniu. Zanim jednak po-
wiem do widzenia (a w sumie z nadzieją, że to jest do zoba-
czenia), chcę Wam opisać co się działo w moich ostanich pa-
ru dniach w USA, jeszcze zanim odleciałem od ziemii i wzbi-
łem się aż pod same niebo. I jak to często bywa w życiu,
ostani okres był jednym z najlepszych w całym pobycie. Dużo
się działo i miało się wątpliowści co poświęcić w zamian
za coś innego. Czas leciał bardzo szybko, a nadmiar wrażeń
powodował brak chęci do powrotu. Jednym z wydarzeń, które
miałem przyjemność zobaczyć był mecz indoor football'u
(football w hali). Spodobał mi się znacznie bardziej niż
normalny, ze względu na szybszą i bardziej intensywną grę.
Walki między zawodnikami także nie było niczego sobie. Przy-
padkiem także wygrałem koszulkę gdyz w przerwie pomponiary
rzucały je w kieruku publiczności i mi udało się jedną
złapać. Żałuję jednak, że nie powiodło mi się złapanie
piłki, które też można było zdobyć za free. No ale prze-
cież nie można mieć wszystkiego. A tak na marginesie to
hymn na tym meczu śpiewała córka Hulk'a Hogan'a, Brooke
Hogan...jak ktoś kojarzy to dobrze bo ja nie...;-). Pod-
sumowując jednak, ten mecz był całkiem dobrym wyborem
spędzenia czasu. Kolejnym przystankiem w celach przeżycia
nadzwyczajnych wrażeń był Ceadar Point. Wybraliśmy się na
wycieczkę szkolną jako prezent dla gradujących studentów,
tzw. Senior Trip. No i warto było. Ceadar Point to jeden
z największych na świecie, jeżeli nie największy park
rozrywki. I najważniejszym słowem w tym wszystkim jest
słowo Rollercoaster. Jest ich tam łącznie około 30 i aż
ciężko wybrać od którego zacząć. A że czasu mieliśmy bar-
dzo dużo czasu, spróbowaliśmy wszystkiego (czasami nawet
więcej niż raz). Były 180-stki, 360-stki, jazda głową w dół,
jazda bokiem, jazda na stojąco, niezapomniane szybkości,
tunele, strach że w coś uderzysz a także poczucia niewa-
żkości i latania. Jednym słowem wszystko. Mi najbardziej
w pamieć zapadły dwa miejsca. A mianowicie Dragster - na
tym rollercoaster'rze rozwija się prędkość 120 mph po czym
kolejka wspina się pionowo w górę, jedzie 7 mph na szczycie
i kończy jadąc znowu 120 mph pionowo w dół; oraz Power Tower
- to wieża o wysokości ok. 50m, na której zostajesz wynie-
siony w górę po czym zaczynasz spadać w dół, czuję się
jakby siedzonko pod Tobą wyparowało a Tobie dodano skrzydeł.
Niesamowitość, jak wszystko w Cedar Point. Inną atrakcją,
która sobie zprezentowałem w tym miejscu była kąpiel w jed-
nym z Wielkich Jezior, a dokładniej Jeziorze Erie. Cedar
Point jest bowiem zlokalizowany tuż przy nim, koło miasta
Sandusky w OHIO. Wybrałem się tam z Joschą gdyż chcieliśmy
tylko zobaczyć plażę. Ale że ja nie wybaczyłbym sobie gdy-
bym się nie popływał, szybko zrzuciliśmy koszulki i jump
do wody. Długo nasz kąpiel jednak nie trwała gdyż po chwi-
li usłyszeliśmy gwizdek ratownika. Wytłumaczył nam, że se-
zon się jeszcze nie zaczął i nie można się kąpać. Się z Jo-
schą załamaliśmy, przespacerowaliśmy po plaży i wróciliśmy
dalej na rollercoaster'y. Jeziro Erie jednak zaliczone.
Cały zresztą dzień był bardzo pomyślny i zabawny. Po po-
wrocie byłem tak zmęczony, że się odrazu glebnąłem spać.
Jako, że to ostania notka związana ze Stanami, trzeba tak-
że zakończyć stronę sportową. Nasz sezon lekkoatletyczny
nie był może do końca udany, ale napewno pełny fajnych
wydarzeń, które będą się odbijały w moich wspomnieniach.
No bo przecież jak ja miałem wygrać z czarnoskórymi bie-
gaczami, dla których 10,5 na 100m w wieku 16 lat jest
poprostu naturalne. Amerykanie zawsze byli znakomici w
lekkoatletyce i ja teraz wiem dlaczego. Widziałem to
wszystko z bliska na własne oczy. A co do mojego sezo-
nu to skończył się on na dystrykcie. Szczególnie dołują-
cą była porażka w 4x100. Nie udało się nam dostać na
wyższy szczebel (tj. region) gdyż przegraliśmy o 0,02s.
Musieli sprawdzić nasz bieg na zdjęciu żeby do tego dojść.
Z mojej szkoły do Stanu udało się tylko dostać dwóm osóbkom,
biegaczowi długodystansowemu i skoczkowi o tyczce. Ale nie-
stety nie poszło im tam najlepiej. Dla mnie jednak track to
pozytywne wspomienia. Ciężko się biegało, ale było zabawnie.
Poza sportem i zwiedzaniem ciekawych miejsc nie obeszło się
także bez imprez. I tak zawsze było strasznie miło, a w nie-
które rzeczy, które się na nich działy to aż ciężko uwierzyć.
Ale to już jest czysto Amerykańskie podjeście. Ja zawsze po-
zostawałem sobą. Ale co wspomnienia to wspomnienia...;-).
Wzruszyłem się także, że ludzie byli smutni z powodu mojego
wyjazdu i każdy chciał mnie na jakąs impreze wkręcić. Ale
przecież rozdwoić się nie mogłem. Najważniejsze, że nie
dałem się jakoś głupio złapać (choć raz policja zatrzy-
mala nas jadących na impreze; na szczęście puścili nas
wolno) bo tak to nie był bym dopuszczony do graduacji na
co tak ciężko pracowałem cały rok. A tak to w końcu stało
się. Dnia 27 maja w uroczystej gali kończącej moją edukację
w USA otrzymałem dyplom ukończenia szkoły średniej. Dyre-
ktor się naszarpał z moim nazwiskiem, ale w sumie przeczy-
tał je dość zgrabnie. Po otrzymaniu dyplomu rzuciliśmy na-
sze czapeczki w górę, porobiliśmy pamiątkowe zdjęcia i to
już był koniec High School. Shake & Bake Baby...;-) Na 2
dni przed wylotem do Polski miałem w rękach to po co przy-
jechałem, misja była zakończona sukcesem. Ostanie 48 godzin
spędziłem w gronie moich przyjaciół, którzy odwiedzali mnie
żeby się za mna pożegnać, a także z moją rodzinką. Zagrałem
także kilka ostanich meczy w kosza na boisku w pobliżu mo-
jego domu. Przez 10 miesięcy spędziałem tam dużo czasu. W
ostanim meczu naszy drużyna w składzie: dwóch Amerykanów,
Brazylijczyk, Turek i ja pokonała 5 Amerykanów. Wszystko
zakończyłem ja, pięknym rzutem za 3 punkty. Czas w USA
dobiegł końca. Pakowanko (choć nie wszystko mi się zmie-
ściło), ostatnie formalności i czas było jechać na lotnisko.
A tam się moja rodzinka popłakała i wcale chyba nie chciała
się ze mna rozstawać. Było to naprawdę wzruszające. Ale
wszystko się kiedyś kończy. Kilka przepraw i poleciałem do
Chicago. Tam czekając na samolot do Kopenhagi, obejrzałem
mecz NBA i to był moja ostania czyność w Stanach Zjednocznych.
Teraz jestem w Polsce, moja przygoda z życiem trwa nadal.
A czy Wy chcecie przeczytać jej dalszą część? Chciałbym to
wiedzieć. A narazie się żegnam z Wami i cieszę się wakacjami.
Rodział zwany "American Dream" uważam za zamknięty.
Goodbyes...:*
Podziękowania dla wszystkich dobrych ludziczków, którzy
intersowali się moimi losami za wielka wodą, wspierając
w ciężkich sytuacjach i pobudzajać w chwilach szarości.
Bez Was pewnie nie dałbym rady. Także gorące buziaczki,
całusy, uściski rąk i czego tam tylko sobie zapragniecie.
Dziękuję...
...Maybe...
...My Story Will Be Continued...
...Someday...
Link 06.05.2007 :: 01:08 Komentuj (1)"Beat It"
"Ręce dwie, rozum, które dał mi dobry Bóg
Przydział na cuda dla mnie jedno spełnić mógł.
Jestem więc dostałem wole, żeby walczyć,
Marzeń w brud, na każdy życia dzień wystarczy.
Śnie by znów zbudzić się rano z przeświadczeń,
To jest ten czas, dziś na lepsze wszystko zmienię.
Otworzę folder nazwany doświadczeniem,
To jest recepta jak tu jest natchnienie.
Tu jest złudzenie, że życie jak gobelin,
Szyć można wiecznie, oglądać jak się mieni.
Że starczy czasu i w końcu ktoś doceni,
że sens ma wszystko, że zły los się odmieni.
Ocean wspomnień, nie chcę ich zapomnieć ,
Upadki, wzloty czas triumfów i czas potknięć.
Dają naukę, wytykają błędy
Krzyczą do przodu lub droga nie tędy"
Heyah!!! Tak to już ten czas szybko leci, że
co niektórzy juz powinni zauważyć, że zacząłem
odliczać na GG dni dzielące mnie od powrotu do
Polski. Muszę przyznać, że czuje niemałe podeks-
cytowanie i zastanawiam się jak to będzie na po-
czątku po 10 miesiącach spędzonych w USA. Coś
mi się wydaje, że mogę się czuć całkiem dziwnie.
Mimo to, cieszę się na mój powrót i zacząłem się
już wczuwać w tamtejsze klimaty (oglądałem zdjęcia
z akcji namiot przed szkołą i grillowania oraz osta-
tnie wyczyny z zeszytem od języka polskiego..;-)
A co do USA, to już jedna z ostatnich notek o tym
kraju i rzeczach, które tutaj robie (być może nie-
długo będzie zmiana kraju, ale sam nie wiem czy
ktoś w ogóle chce żebym kontynuował moje pisanie).
A więc o ostatnich wyczynach czas zacząć. A roz-
pocznę od miejsca, gdzie się ostatnio rozdzieliliśmy,
czyli amerykańskiego balu, tutaj znanego pod nazwą
PROM. Wydarzenia miały miejsce 20 kwietnia bieżą-
cego roku. Dwóch uzbrojonych napastników napadło
i...oj przepraszam...to przecież nie są kroniki
kryminalne. Wracając do prawdy, cała zabawa rozpo-
częła się już o godz. 9:00 AM. Wtedy to też, ja
i moi znajomi wybraliśmy się pograć w golf'a (ta-
ka już jest tradycja, że co roku wszyscy jadą na
to samo pole golfowe, parę godzin przed samym balem
z zamiarem wprawienia się w dobry nastrój). I jak
by nie było, zasada się sprawdziła (trochę pomogły
używki pochodzenia nieznanego...;-). Ja w sumie
wypiłem sobie tylko jedno piwko, ale i tak miałem
mnóstwo zabawy. Samo granie w golf'a nudzi się po
paru dołkach (szczególnie jak się grac nie umie),
ale z kolei jeżdżenie wózkiem golfowym nie za
bardzo...;-). Można się całkiem spoko nim pobujać
po całym i niemałym polu golfowym. Ogólnie jak
się później okazało, inny znajomy ze szkoły miał
wypadek (o dziwo w ogóle nie pil), i złamał nogę.
(ten Rod to jednak jest bencfał, się teraz z niego
nabijamy). Po powrocie z golf'a, zaczęły się przy-
gotowania do balu. Wrzuciłem na siebie mój garnitur,
rodzice zrobili pamiątkowe zdjęcia z randkami (bo
moja siostra tez szła na bal), a później był czas
by się przenieść do szkoły. Tam pierwszy widok
to szok. Wszystkie sukienki, garnitury (białe,
żółte, zielone), smokingi i inne tego typu rzeczy
wyglądały wręcz olśniewająco (USA jednak wszystko
robi na większą skalę). Po szoku, czas było na ko-
lejne zdjęcia (tym razem robione przez profesjona-
listów) i przejście się przez scenę żeby rodzice
mogli robić, nie co innego jak, zdjęcia. Ogólnie
szkolna część PROM'u była nudna. Po tym zaczęło
być lepiej. Ludzie wpakowali się do samochodów
i limuzyn, zaczynając zmierzać w kierunku hotelu
gdzie odbywał się PROM (jakieś 20 min od szkoły).
Po dotarciu do hotelu, który wyglądał całkiem przy-
zwoicie, mieliśmy mała kolacyjkę w gronie znajo-
mych (ogólnie było tam około 240 osób), a później
rozpoczęły się tańce. I ogólnie było całkiem przy-
jemnie, szczególnie kiedy Colt (spoko ziom), zaczął
tańczyć do piosenki Michael Jackson'a Beat It ,
czego uczył się przez cały tydzień. Muszę powiedzieć,
że wyszło mu znakomicie i żałuję, że się nie uczyłem
z nim. Szczena mi opadła. W czasie PROM'u wybrano
także króla i królową balu (z wcześniej nominowanych
osób). Wszystko wyglądało naprawdę nieźle i fajnie,
że udało mi się to zobaczyć. PROM zakończył się około
godziny 23:00, po czym udaliśmy się do domu przebrać
w normalne rzeczy, a później do szkoły na POST PROM.
I ta część, muszę przyznać, że mnie zadziwiła. Dosta-
wało się na wejściu sztuczne pieniądze, po czym w
sali gimnastycznej było mnóstwo gier i zabaw (ujeżdża-
nie sztucznego byka, kosz, boks z wielkimi rękawicami,
karaoke, labirynty, twister, i wiele wiele więcej), aby
tę kasę pomnożyć. Kasę wymieniało się na kartki z Twoim
imieniem, które wrzucało się do pudełek koło nagród,
które się chciało wygrać. Losowanie nastąpiło około
godziny 4:00 rano. I mi się poszczęściło wygrać bagaż,
który i tak miałem zamiar kupić, bo potrzebuje przed
wyjazdem. Wrzuciłem tam pięć kartek i wygrałem. Śmie-
szna sytuacja. Poza tym wygrałem też koszulkę za przej-
ście w goglach, ktora dają pozór bycia pijanym.
Po losowaniu nastąpił koniec. Wróciłem do domu i walno-
łem kimę. Spałem jednak tylko 2h bo następnego dnia
jechałem do stolicy stanu OHIO na mecz football'u uni-
wersytetu Ohio State. Na mecz przyszło 75,000 ludzi i
muszę przyznać, że całkiem super przeżycie. W stolicy,
pograłem także w kosza z małymi murzynami (bo byłem
tam z moją grupą kościelną w celach pomocy dla nich) i
poczułem, że komuś pomagam. Jak widać takie uczucia też
są cenne. Do domku wróciłem w niedziele. Jak więc widać,
piątek i sobota były bardzo napięte. Ale warto było.
A co do innych rzeczy to przez ostatnie dwa tygodnie
nie działo się za dużo. Szkoła to jak zwykle nic i
oczekiwanie na wyniki egzaminu, ostatni weekend to
małe pijaństwo ze znajomymi (tutaj akurat jest coś
do opisania, ale nie chce tego pisać; zresztą nie-
którzy już wiedzą o co chodzi...;-), rodzinka jak
zawsze ma czasami swoje jazdy czasami nie, a track
jak do track (od poczatku twierdziłem, że nie jestem
za dobry). Poznałem jednak trochę nowych ludzi podczas
wszystkich tych zawodów i ogólnie ostatnio czuję się
w USA całkiem spoko. Ale mój czas już dobiega końca.
I tak samo dobiegł końca, koniec tej notki. Nie do
końca obszerna, bo nie ma czasu, ale rozwijać to będę
jak już się spotkamy w naszej kochanej Polsce
P.s
Niektórzy się pewnie zastanawiają jak mi się bawiło na
PROM'ie u boku Megan. I tutaj muszę powiedzieć, że ogó-
lnie troche niewypał. Niby potańczyliśmy dość dużo razem
i wszystko było spoko. Jednak później, zakręcił sie wokół
Niej inny koleś i ona to zaakceptowała. Ja ogólnie sam
nie przywiązałem do tego żadnej wagi, bo i tak kiedy tań-
czyłem z Nią wolnego nie poczułem żadnej magii. Pozwo-
liłem dziewczynie bawić się i poszedłem własnymi ścieżkami.
Co do Megan, to nie było jednak to czego szukam. W pa-
mięci zostanie dodana jednak do ludzi pozytywnych. To
tyle. Więcej szczegółów w mojej głowie...;-)
"The Pursuit of Happyness"
"Don't leave me,
I'm begging,
I love you,
I need you,
I'm dying,
I'm crying,
I'm begging,
Please love me
I love you,
I love you,
I'm begging,
please love me,
I'm begging,
I'm begging,
Please don't leave me,
no, no, no, no, no..."
Minęło 19 dni, 19 dni od kiedy ostatni raz miałem
okazje dla Was pisać. Próbowałem już kilka razy
wcześniej, ale ciągle coś albo ktoś mi w tym przesz-
kadzał. Dużo czasu minęło, dużo rzeczy się wydarzyło,
dużo nowych myśli przechodzi mi przez głowę. Przez
ostatni czas czułem się przeróżnie. Od euforii, przez
smutek i obojętność, do totalnej załamki i depresji.
Rożni ludzie i rożne sytuacje atakowały różne miejsca
mojego umysłu. Mógłbym pisać i pisać, lecz nie mam aż
tyle czasu. Napomknijmy więc najważniejsze sytuacje i
nakreślmy najwyraźniejsze uczucia. Ostatnią notkę jak
dobrze pamiętam umieściłem tuż przed przerwą wiosenną.
I od tego też etapu zacznę moją podróż do dnia dzisiej-
szego. Zacznijmy od imprez, na które tym razem nie poś-
więcę tak dużo czasu. Udało mi się ogólnie pobawić tylko
2 razy, ale i tak było całkiem spoko. Jak zawsze trochę
beer - ponga i foobar'a, a z innych ciekawych rzeczy to
tylko palenie drabin w ognisku. Naprawdę nienajgorzej spę-
dzony czas. Miłe grono i miła atmosfera. Tylko piwo nie sma-
kuje za dobrze...:-). Z imprez niedaleko do sportu (a może
i nie...;-]. Ostatni wtorek to były już moje 6 zawody w
track'u. Nie będę opisywał każdego, bo ogólnie wszystko
się sprowadza do tego samego. Wszystkie niestety przegra-
liśmy (nasza drużyna nie jest wcale zła, chodzi o młodość
i brak doświadczenia), moje występy były ogólnie całkiem
zadowalające (choć to za mało do niektórych ludzi tutaj,
którzy naprawdę potrafią biegać szybko albo skakać daleko),
a spędzony czas mimo wszystko całkiem miły. Poznałem tro-
chę nowych ludzi i ogólnie będę miał co wspominać i opowia-
dać. Żadnych szczególnych sukcesów nie odniosłem, ale je-
stem mocnym punktem w sztafetach i całkiem niezły w skoku
w dal (brakuje mi tylko regularności). Jak powiedziałem na
początku to ten track to głównie dla zabawy i mimo, że
czasami mięśnie bolą, będę biegał jak najlepiej potrafię do
samego końca. Może w końcu wygramy jakieś zawody. Co
do szkoły to bez zmian. Ocenki znakomite, dużego wysiłku
nie ma i dużo się śpi. Ciągle oczekuje na wyniki moich
egzaminów (ale to raczej kwestia czasu a nie nadziei).
Myślami już przygotowuje się do graduacji (jak to w
filmach będę miał tą śmieszną czapkę i odbiorę mój dy-
plom), a potem powrotu do Polski (co z jednej strony
mnie strasznie cieszy, ale z drugiej też smuci). Jest
z tym tak, że niestety czasami mam już dość mojej ro-
dzinki, przez którą muszę się wyrzekać wielu rzeczy i
żyć życiem, którym wcale nie chcę. Nie chcę się tak na
maksa buntować, bo już tak niewiele zostało. Ogólnie niby
ciągle są tacy sami i ciągle ich lubię i szanuję. Chodzi
o to, że ja jednak żyje innym stylem życia i czasami się
w tym mijamy. Poza tym maja świra na punkcie kontroli,
zasad i mnogości pytań. Tak więc ogólnie chcę już się
wyrwać z tego domu i wrócić do własnych czterech kątów,
ale z drugiej strony lubię moich znajomych i życie w USA.
Mam tylko niedosyt, że częściowo przez rodzinkę i częścio-
wo przez pieniądze (trzeba mieć ich tutaj jednak dużo) nie
zrobiłem tyle rzeczy ilu chciałem. Nie udało mi się zwie-
dzić wielu miejsc (kasa) i robić tylu rzeczy ze znajomymi
ile chciałem (rodzinka). Ale jakby nie patrzeć i tak dużo
zobaczyłem. Doświadczenie jest nie z tej ziemi. A ja już
taki jestem, że chce jak najwięcej (nie chodzi o chciwość)
i mnie czasami boli, że nie mogę pewnych szans wykorzystać.
Po prostu pewnie widzę w USA dużo możliwości i wiele rze-
czy chciałoby się robić. Może w przyszłości. A tymczasem już
tylko miesiąc i troszeczkę zostało do końca moich dni w
USA. Plany na najbliższy czas? Hmm...muszę powiedzieć, że
zapowiada się całkiem ciekawie. W piątek (tj. 20) idę na
PROM (coś jak nasza studniówka tylko na większą skalę i nie
100 dni przed matura bo tutaj matury nie ma) z Megan. Po-
znalem ją już jakiś czas temu i w sumie od tamtego czasu
nie mieliśmy kontaktu. A, że pierwsza dziewczyna, którą
zaprosiłem musi śmigać na Florydę (Kammie), jakoś przy-
pomniała mi się Megan (a raczej rodzinka mi napomknęła
gdyż chcą żebym śmignął na PROM). I muszę przyznać, że
dobrze się złożyło jeśli chodzi o Megan. W ostatnią sobo-
tę wybrałem się z Nią na film 300 i spędziłem czas nad-
zwyczajnie mile. Ogólnie rzecz biorąc jest całkiem w
moim typie. No i juz w piątek będziemy mieli okazję się
spotkać kolejny raz i nawet razem potańczyć. Nieźle się
spłukałem jeśli chodzi o ten cały PROM (ok. $120), ale tak
czy inaczej chciałem to zobaczyć jak już mam okazje. Mam
zamiar się dobrze bawić. Impreza (bez picia..;-), bo tutaj
to nie Polska) od ok. 16:30 do 4 rano. Bo drodze zdjęcia,
wybór króla i królowej i Bóg wie co jeszcze. Moja wrażenia
podadzą w sobotę w Tele - Express'sie..;-) (bo u mnie w
domu ostatnio ojciec chowa myszkę przed rodzinka więc
dlatego nie udaje mi się z nikim rozmawiać..;-/. Poza tym
w maju śmignę też do Cedar Point, gdzie mają najwię-
ksze rollercoaster'y na świecie. Ogólnie pewnie nie będę
się za dobrze czuł...;-). Z innych mniejszych rzeczy,
to udało mi się odwiedzić dwa razy meksykańską restaurację
(raz w moje urodziny - tak już mam 19 lat), gdyż bardzo
lubię tzw. Mexican Food (będzie mi brakowało w Polsce),
oglądałem sobie NBA czasami (niedługo Playoff), a także
ekscytuje się strzelaninami w College'ach (ogólnie
Virgnia Tech. jest nie tak super daleko ode mnie).
Założyłem sobie także MySpace'a (zapraszam na stronkę
http://www.myspace.com/jakub23 jeśli chcecie zobaczyć
moich znajomych). I to ogólnie tyle. Żyje sobie jakoś
tam. Rodzinka doprowadza mnie momentami do szału, zna-
jomi dają radę, a ja jakoś trwam w nieustającej walce
pomiędzy wieloma uczuciami. Czasami czuję się strasznie
osamotniony i uwięziony, czasami czuję się znakomicie.
Jak to życiu. Mam nadzieję, że wrócę jeszcze do OHIO
i wtedy już wszystko będę robił wedle mojego życzenia.
I tak ze mną jest na teraz. Przygotowuję się także na
kolejny etap mojego życia. Nie wiem co przyniesie, ale
dopóki przyszłość jest nieznana, towarzyszy mi nadzieja.
Czy uda mi się osiągnąć wszystko o czym teraz marzę?
Czy kiedyś zrobię rzeczy, które teraz sobie odmawiam?
Nie wiem. Nikt nie wie. Jednak jak ludzie mądrzejsi
ode mnie napisali w Deklaracji Niepodległości, każdy
z Nas ma prawo do pogoni za szczęściem (The Pursuit of
Happiness). Czy każdy je dogoni? Oczywiście, że nie.
Wszystko zależy od Nas...od Ciebie...od Nich...i ode mnie.
I'm still with all of You...Signal lost...
Link 31.03.2007 :: 05:56 Komentuj (4)
"Chciałeś śmiać się ze szczęścia
lecz teraz on z Ciebie się śmieje
"I refuse to be a role model
I make mistakes, i learn from everyone
But am i any less holy?
There's no need for you to fear me
If you take the time to hear me,
maybe you can learn to cheer me
I hope u see the light before its ruined"
Magic Gatorade Alawys Makes Homies Look Funny
...Tic - toc...Tic - toc...tic - toc...w momencie
kiedy piszę tę pewnie bez znaczenia wyliczankę, tracę
kolejne sekundy mojego życia. Czas nigdy się dla nas
nie zatrzyma i nie ważne jak bardzo byśmy tego chcieli
nie ma zamiaru na nas czekać. I ta sama oczywista regu-
ła rządzi w przypadku mojego pobytu w USA. Jakby nie
patrzeć już tylko 2 miesiące dzielą mnie od powrotu do
domu. Czy będę czuł radość z powrotu do Polski? Oczy-
wiście, że tak. Czy będę czuł smutek opuszczając USA?
Oczywiście, że tak. Gdzie jest moje miejsce i co będę
robił dalej? Chciałbym znać odpowiedzi na te pytania.
Nie wiem jednak jeszcze do końca jak chcę żeby moje
życie wyglądało i tak naprawdę ciągle szukam właściwego
rytmu i ścieżki, którą mam podążyć. Zostawmy jednak te
rozmyślania mnie i skupmy się na ostatnim 1,5 tygodnia
za Oceanem. Zacznę od smutnej wiadomości. Niestety
meczu, o którym pisałem w ostatniej notce, naszej szkolnej
drużynie nie udało się wygrać (44 - 76) i musieliśmy się
pożegnać z sezonem. Mimo to jednak warto było pojechać
i pokibicować im ostatni raz bo i tak osiągnęli więcej niż
wszyscy od nich oczekiwali - Here we go Trojans Here we
go A co do mnie to sobie przynajmniej zwiedziłem trochę
więcej miasteczko Athens i porobiłem sobie parę pamią-
tkowych fotek. A poza tym gdzie jeden sezon się kończy
to inny się rozpoczyna. Chodzi tutaj o tzw. Track (lekko-
atletyka), którego sam jestem członkiem. Trenowaliśmy
juz od dość dawna, a w ostatni wtorek przyszła pora na
pierwsze zawody. Drużynowo (co tak naprawdę się tutaj
najbardziej liczy) nie poszło nam jednak dobrze. Na 3
szkoły obecne, zajeliśmy ostatnie miejsce. Muszę tylko
dodać, że jedna ze szkól była z wyżej dywizji (więc ona
do końca się nie liczyła, bo i tak była poza zasięgiem).
Ze szkołą, z którą tak naprawdę walczyliśmy, przegraliśmy
o 6 punktów (53 - 47), co wcale nie jest tak tragicznym
wynikiem. Tym bardziej, że nasza drużyna jest strasznie
młoda (ja jestem najstarszy) i bardziej liczy na formę
w drugiej części sezonu. A co do mojego występu to było
średnio (nie do końca jestem z siebie zadowolony). W sko-
ku w dal byłem najlepszy z naszej szkoły (a ostatni raz
skakałem jakieś 6 lat temu), a 3 na 15 w całym konkursie.
W biegu na 200m byłem 5 na 32 (niektórzy kolesie to
poginaja jak motorówki normalnie). A jeśli chodzi o szta-
fety (4x100 i 4x400), które też biegałem, to przegraliśmy
dość znacznie. Na moich zmianach trochę zyskaliśmy, ale
niestety inni tracili (a na 400m nawet ja bo juz zmęczony
byłem). Tak więc ogólnie jak na pierwsze moje zawody to
nie było aż tak całkiem źle...;-). Zresztą ja i tak się tym
tak bardzo nie przejmuję, bo i tak robie to tylko dla zabawy,
zdrowia i poczucia rywalizacji. No i zawsze jakieś ciekawe
wspomnienia zostaną. Bo co jak co, sprinterem już i tak nie
zostanę..;-). Następne zawody w piątek (30-stego). Znowu
będę w 4 konkurencjach (bo tylko tyle można) bo pomimo,
że juz pewnie za stary jestem na to wszystko to i tak
jestem jednym z najmocniejszych punktów tej drużyny..;-).
Wracając teraz na chwile do rozmyślań o czasie i jego
upływie to ogólnie ostanie 2 miesiące, które przede mną,
będą bardziej wyglądać jak wakacje. Podszedłem już do
wszystkich testów, które muszę zdać żeby otrzymać
dyplom i teraz zostało mi tylko czekać na wyniki. Wy-
daje mi się jednak, że powinienem wszystko zdać (mam
tylko małe wątpliwości) i praktycznie mam dyplom High
School w kieszeni. A, ze szkołą idzie mi nadzwyczaj
łatwo stąd podkreśliłem, że tak naprawdę nie mam dużo
rzeczy, o które muszę się juz przejmować. Cały wyjazd
zmienił się więc teraz w małe oczekiwanie na powrót i
po prostu życie w USA tak jak warunki mi na to
pozwalają. I muszę powiedzieć, że jak dla mnie jest
całkiem spoko. Kontynuując jeszcze temat szkoły napo-
mknę dwie rzeczy. Jedna to zaostrzające się reguły w
szkole, które istniały od dawana, ale do tej pory
nikt ich do końca nie przestrzegał. Chodzi mi tutaj
o rzeczy takie jak noszenie zarostu (samemu musiałem
zgolić moją małą bródkę), sprawdzanie czy masz tzw.
Hall Pass kiedy chodzisz po korytarzach i styl ubie-
rania się (niedozwolone są na przykład dziury w dżinsach).
Ogólnie przyjmuje to wszystko z uśmiechem na twarzy i
wcale mnie to nawet nie dziwi, bo już od dawana wiem,
że Amerykanie przesądzają z zasadami i prawem czasem
aż nadto. Chcesz totalną wolność, zostań w Europie, a
najlepiej w Polsce lub dorośnij...;-). Druga rzecz o
której chce wspomnieć wydarzyła się już dawno. Mia-
nowicie jedna z uczennic w mojej szkole napisała na
lekcji hit-list'e (lista ludzi do zabicia) po czym po-
darła ją i wyrzuciła do kosza. Nauczyciel wyciągną ją
i złożył w całość, po czym uczennica została zawieszona
na parę dni. Jak teraz patrzę na to, to w sumie nic tak
wielkiego. Jednak jak pierwszy raz ktoś mi opowiadał
tę historię, to wspomniał, że ona tak naprawdę przyszła
z pistoletem do szkoły, ale jakoś ją cudem złapali. To
się okazało później nieprawdą. Muszę jednak zaznaczyć,
że moja siostra odwiedziła tej uczennicy Myspace (coś
jak mój blog) i tam były teksty, że ona jest sfrustrowa-
na życiem i potrzebuje broń, aby ukarać ludzi w mojej
szkole, bo po prostu nie mogą się tak dłużej traktować.
Było więcej tekstów o takim charakterze, dlatego też
moja mama zgłosiła to na policje bojąc się o własną
córkę, która zna tę uczennice. Poza tym ona uczestniczy
w kursie na ochroniarkę i tak naprawdę ma dostęp do
broni. Podsumowując więc niby nic się nie stało (tylko
stworzyła listę), ale na początku wydawało mi się to
masakryczne. Jakby ktoś wpadł do mojej szkoły z bronią
(tym bardziej, że to juz się zdarzyło w USA) to nie za
ciekawie by było. Kontynuując kontrowersyjne tematy, przej-
dę teraz do ostatniego weekend'u. Wybrałem się na kolejną
imprezę i ogólnie przez pierwsze 3h wszystko było spoko
i cool. Przyszło z 30 osób i ogólnie mile spędzałem czas.
Nawet grałem w beer-pong'a (jak ktoś oglądał Beerfest bę-
dzie wiedział) i muszę powiedzieć, że dominowałem w tej
grze razem z Niemcem. Jak wrócę do Polski to musimy ko-
niecznie zagrać. Impreza jednak się zepsuła ok. 23:00,
bo ktoś wspomniał, że policja krąży wokół domku. Wszyscy
zaczęli się przejmować (ja też, bo jak by mnie złapali, to
konsekwencje mogłyby być straszne - nawet powrót do Polski)
Połowa ludzi się zwinęła, a reszta zaczęła obserwować
co się dzieje wokół domku przez okna. Ja się zdecydowałem
z Niemcem na spacer aż rzeczy ucichną. Wróciliśmy pół go-
dziny później, ale impreza nie była już impreza. W mo-
mencie kiedy zdecydowałem się na powrót do domu (to
było tylko minutę od miejsca gdzie mieszkam piechotą),
ktoś krzyknął, że policja wie gdzie jesteśmy i jedzie
tutaj. Prawie wszyscy zaczęli uciekać z domku, a nie-
którzy schowali się w szafach (jak się później dowie-
działem). Co do mnie, to ja tylko sobie spacerkiem do-
szedłem do domku i poszedłem spać. W sumie nie byłem
nawet pijany, bo coś miałem złe przeczucie przed tą
imprezą (za bardzo przy drodze była i w centrum). Ale
jakby nie patrzeć mały stresik był. Co się okazało na-
stępnego dnia? Wcale policji tam nie było, nikt nie
został na niczym przyłapany, po prostu jakoś wszyscy
niepotrzebnie spanikowali. Mi to wszystko dało jednak
do myślenia i muszę być czujny do samego końca. Bo tyl-
ko dwa miesiące zostały i misja będzie zakończona. Ale,
jestem szczerze przekonany, że wszystko będzie dobrze.
Nie ma innego wyjścia. Co do pikantnych szczegółów o tej
imprezie to nie będę tutaj wspominał. Zaznaczę tylko, że
była na maksa pojechana. Amerykanie nie mogą pic na bazie
dziennej i kiedy mają okazje to totalny syf się robi, bo
przesadzają. Po prostu piją bez klasy. Będę miał zabawne
wspomnienia jak nie wiem co. Powoli zmierzając do końca
mojej notki dodam jeszcze, że dzień po wyczynach wspo-
mnianych wyżej wybrałem się na szkolne przedstawienie.
Tutaj jest tak, że co roku szkoła wybiera jakiś jeden
temat i realizują go. W tym roku szkoła bazowała na
filmie Grease i stworzyła jego teatralna adaptacje.
Po około dwóch miesiącach przygotowań wszystko było
gotowe i przez 4 dni aktorzy dawali z siebie wszystko,
aby oczarować widzów. No i udało im się zaczarować mnie
też. Przedstawienie stało na naprawdę wysokim poziomie
i fajnie było się pośmiać ze szkolnych kolegów (a w
sumie bardziej to podziwiać ich aktorstwo). Naprawdę
byłem pod wrażeniem i podoba mi się, że szkoła daje
takie możliwości. Tym bradziej, że wszystko było zrea-
lizowany z dużym rozmachem jak to na USA przystało.
To chyba tyle o ostatnim czasie. Widać więc, że jest
ogólnie całkiem ciekawie. Jak wspomniałem ostatnio,
jestem już na maksa wkręcony w tutejsze życie. Powoli
mi się nawet ludzie z mojej szkoły nudzą, dlatego też
poznaje z innych miast. Dopadało mnie też myślenie o
przyszłości. Po powrocie do Polski muszę się zdecydo-
wać, co chce robić i muszę powiedzieć, że mam z tym
duży problem. Tym bardziej, że mój amerykański ojciec
mnie ostatnio usilnie namawia na powrotu do USA i stu-
diowaniu tutaj. Pewnego razy upiliśmy się razem do-
mowej roboty winem i mieliśmy taką pogawędkę w dwóch.
Potraktował mnie jak syna i powiedział, że jak coś
to mogę tutaj wrócić, mieszkać, i będzie mi pomagał
jak tylko może. Musze powiedzieć, że to bardzo miłe
z jego strony. Ogólnie nie podejrzewałem, że aż tak
bardzo się moja rodzinka ze mną zżyła i naprawdę chce
dla mnie jak najlepiej (normalnie jak prawdziwa rodzina
się to wydaje). Jestem im wdzięczny za to i cieszę się,
że na nich trafiłem. Poza tym zaprosiłem ich do Polski
na małe imprezowanie, a oni z kolei chcą żeby tutaj
kiedyś moich rodziców przywiózł. Całkiem miły układ się
zrobił. Tak więc, jak w Polsce się zacznie walić, mam
gdzie uciekać. A co do moich studiów. To nie wiem jak
to będzie. Muszę wszystko przemyśleć i na coś zdecydować.
Trudna to decyzja, jedna z najtrudniejszych jakie miałem
dotychczas w moim życiu. Będę walczył o swoje marzenia.
Tym bardziej, że nowa płyta Linkin Park - Minutes to
Midnight nadchodzi i będzie się przy czym zastanawiać.
Już nie mogę się doczekać. Szkoda tylko, że musze chyba
pożegnać się z koncertem LP w Polsce. Znajdę sobie jednak
drugą szansę. Zresztą, Senshiro i tak zamiecie płytę
w Chorzowie specjalnie dla mnie. Gorące pozdrówki dla
niego i podziękowania za poprawianie moich notek. A ja
się zmywam teraz i kontynuuje moją przygodę aktorska w
Amercian Pie...;-]
"Madness Continues"
"(What goes around comes back around)
I thought I told ya, hey
(What goes around comes back around)
I thought I told ya, hey
(What goes around comes back around)
I thought I told ya, hey
(What goes around comes back around)
I thought I told ya, hey"
Yo, yo everybody!!!
Witam wszystkich po bardzo długiej, trzy-tygodniowej
przerwie. Już pewnie wszyscy mnie zapomnieli..;-) i
myślą, że ja o nich też zapomniałem. Chujki jedne
nawet się na GG nie odezwą i od czasu do czasu nie
spytają jak się mam ...;-) - tak sobie tylko żartuje.
Ogólnie rzecz biorąc to bardzo rzadko bywałem na gg w
godzinach pozwalających na rozmowę ze mną. Poza tym
nie miałem za dużo czasu na conversations i nawet w
weekend nie byłem w stanie żadnej notki umieścić.
Wszyscy się pewnie zastanawiają, co wiec robiłem.
I tutaj muszę przyznać, że przez ostanie 21 dni działo
się naprawdę dużo. Nawet nie wiem od czego zacząć i
w ogóle nie będę próbował wprowadzać chronologii..;-).
Zacznijmy więc od początku...;-), a właściwie od Ski
Club. W ostatnich tygodniach wybrałem się ostanie dwa
razy trochę pośmigać. Pierwszy raz nie był za dobry z
powodu ocieplenia w tamtym czasie, ale drugi raz był
niesamowity. Świeżutki śnieżek i aż nie chciało się
przestać i powiedzieć papa końcu sezonu. Nauczyłem się
śmigać tyłem, siedząc na nartach i ogólnie podsumowując
muszę przyznać, że mam talent do tego sportu, a sezon
był bardzo udany. Zacząłem od niczego, aby stać się cał-
kiem solidnym narciarzem. Wszyscy znajomi byli zadziwieni
jak szybko mi się udało załapać. Czekam z utęsknieniem,
aby zobaczyć prawdziwe stoki, a nie te pagórki, gdzie
przyszło mi się uczyć..;-). Od czegoś jednak trzeba
było zacząć...;-). Przejdźmy teraz do weekend'ow..;-).
A tutaj ostanie dwa to imprezy. Pierwsza była 2 tygo-
dnie temu u Ethan'a Booth'a, spoko rąbniętego ziomka.
Tym razem nie było jeszcze jakoś super rewelacyjnie,
ale mimo to spędziłem trochę miłego czasu, pijąc w
gronie znajomych. Nauczyli mnie tez zarąbistej gry przy
której uchlać się można strasznie szybko...;-)...jak
wrócę do Polski, to koniecznie musicie w to zagrać...już
się nie mogę doczekać...zasady sobie czekają w moim
portfelu na powrót do Polski. Ta impreza była ogólnie
połączona z meczem w kosza naszej drużyny, której poś-
więcę więcej czasu w dalszej części mojej notki. Na
ten mecz wybraliśmy się lekko pijani, aby lepiej się
dopingowało. No i opłacało się, bo nasi wygrali. A
czemu nosiłem okularki przeciwsłoneczne w hali to
nawet nie wiem..;-). Tak więc ta impreza była średnio
udana, ale lepsze coś niż nic. Z kolei impreza z po-
przedniego weekend'u to już zabawa pierwsza klasa.
Tym razem zaczęło się od wizyty na meczu naszych
w kosza (po drodze troszkę pijąc na lepszy humor),
którzy z znowu wygrali przy dopingu naszej sekcji
studenckiej ubranej w barwy szkoły. Po meczu wybra-
łem się ze znajomymi do domu niejakiego Babby..;-).
Było nas gdzieś 20, po czym z upływem nocy zostało
gdzieś 10. Ogólnie za nim tam dotarliśmy to musie-
liśmy jakieś laski zabrać i z powodu zagrożenia
powodziowego w jednym miejscu musieliśmy się cofać.
Ominęliśmy jakąś barierkę bezpieczeństwa, wody wcale
tam nie było, ale bramka z drugiej strony była
zamknięta na łańcuch. Nie udało się nam go rozwalić
i musieliśmy się cofać. Po zabraniu lasek, zaczęliśmy
z kolei błądzić w poszukiwaniu domu Babby. Wpierdzie-
liliśmy się na jakąś farmę, jak z Teksańskiej Masakry
normalnie, ale w końcu szczęśliwie dotarliśmy. I
pic czas było zacząć. Przez całą noc zdążyłem wypić
12 Budweiser'kow, ale ciągle powtarzałem, że są słabe
w porównaniu do polskich piw i wcale nie czułem
się aż tak bardzo na high'u (notabene parę godzin
wcześniej Mary Jane poszła w działanie też..;-).
Ogólnie jednak po imprezie znajomymi mi mówili, że
trochę wkręcony byłem, a znajoma Sarah że jestem
najzabawniejszym kolesiem na świecie. Ogólnie balo-
waliśmy gdzieś do 3,4 w nocy. Graliśmy w rożnego
rodzaju gry związane z piciem, lataliśmy po zamar-
zniętym jeziorku (się kurcze wywaliłem raz..;-),
i wspinaliśmy na słupy telefoniczne. Ogólnie jednak
wszystko było w dobrym miejscu, bo na pustkowiu i
nie było możliwości, żebym z czymś wpadł. Najlepsza
rzecz wieczoru to chyba picie piwa przez lejek i
rurkę. Wlewa się całe piwo do rurki blokując jej
koniec palcem, a później puszcza i pije. Trzeba
być jednak szybkim bo ciśnienie jest większe i piwo
leci do gardełka jak burza. Ogólnie to jak Beerfest,
jak ktoś widział ten film. Rzucaliśmy także lotki
pod nogami albo stojąc tyłem. O mało się nie poza-
bijaliśmy..;-). Udało mi się poznać też kilka fajnych
lasek, ale niestety nie chodzą one do mojej budy i
mieszkają dość daleko. Mimo wszystko jednak, impreza
pozostanie mi w pamięci bo było naprawdę spoko. Nawet
nie musiałem płacić za alkohol, bo było aż za dużo. Tym
bardziej, że Amerykanie są bardzo spoko do studentów
na wymianie. Brawo im za to. Musze tez przyznać po
tych ostatnich dwóch imprezach, obserwacjach i rozmo-
wach, że kolesie strasznie dużo imprezują i ogólnie
kurde jeżeli to prawda jest co mówią (a myślę ze tak)
to niektóre są naprawdę dobre na maksa. Fakt, że mają
wszyscy własne samochody i więcej kasy daje im możli-
wości do naprawdę dobrego imprezowania. Ja mam tylko
nadzieję, że jeszcze się parę razy z nimi powkręcam,
bo niestety sam nie mogę ich zaprosić nigdzie, a także
muszę być bardzo ostrożny i trochę nadwyrężać prawdę
co nieco. A także rodzinka nie lubi jak ciągle jestem
poza domem. Ale dwa miechy jeszcze mam, żeby zobaczyć
jeszcze parę imprez. Tym bardziej, że już praktycznie
całą szkolę znam i ogólnie też jestem tam dość roz-
poznawalny. Muszę tylko liczyć na hojność i dobroć
Amerykanów, bo sam nie jestem tak nadziany..;-). Tak
myślę, że ostatnie 3 miesiące, które rozpoczęły się
tymi ostatnimi trzema tygodniami będą najlepsze z
całego pobytu. Z czasem jest po prostu coraz lepiej.
Szkoda tylko, że jakoś chyba nie znam się na kontaktach
z laskami, bo czy to Polska czy USA, jakoś nie za bardzo
mi w tych sprawach się wiedzie. Ale co fakt to fakt, że
w mojej szkole żadna mnie tak super nie intryguje.
Chyba, że sobie tylko tak tłumaczę żeby mieć jakąś
wymówkę. Sam nie wiem. A może po prostu ja chcę czegoś
romantycznego i magicznego niż amerykańską wyuzdalność.
Tym bardziej, że jakbym kogoś spotkał super, to nie
chciałbym wracać, bo znam siebie w tych sprawach.
Kontynuując moją notkę, która będzie długa, przejdźmy
do koszykówki. Jak pamiętacie z paru poprzednich, za-
cząłem chodzić na mecze już dawno. To było jednak
tylko sezonowe. Po nich rozpoczął się tzw. turniej, w
którym można zostać najlepsza drużyną w stanie. Ku
zdziwieniu wszystkich nasi wygrali już 5 meczy i jeżeli
wygrają jutro to dostaną się do najlepszej czwórki
zespołów w OHIO. Nikt nie wie jak to się dzieje, ale
dla nas to nie ważne. Jesteśmy na każdych meczach
i dopingujemy ich cały czas. Nasza sekcja studencka
jest zwana Black Plague (Czarna Plaga). Wszyscy ubrani
na czarno kibicują naszej drużynie od początku do
samego końca na każdym meczu. Jesteśmy jak ich 6
zawodnik. Ogólnie już liczymy gdzieś z 200 osób.
Nie będę już wracał do poprzednich meczy z turnieju,
które pojawiły się kiedy pisałem o imprezach, ale do
jednego muszę wrócić. Mianowicie do tego ze środy, który
pozwolił nam walczyć jutro (tj. 17 marca) o wejście do
turnieju stanowego. Mecz był oddalony 3h od miejsca gdzie
żyje, w mieście Athens, w hali OHIO UNIVERSITY. Było
tylu chętnych, że szkoła dała 3 autobusy dla kibiców, a
poza tym wielu pojechało na własną rękę. Po dotarciu na
miejsce mieliśmy trochę czasu, więc wybraliśmy się na małą
przechadzkę po Athens. I muszę przyznać, że to miasteczko
jest zarąbiste na maksa. Nie miałem jeszcze okazji
zobaczyć niczego większego (chociaż Athens wcale nie są
duże), ale i tak było lepiej niż moja wiocha...;-).
Widziały mi się wąskie alejki jak z filmów, gdzie murzyni
zazwyczaj przesiadują albo pościgi się odbywają. Ogólnie
fajny klimat. Zachciało mi się kurde tam żyć. Tym bar-
dziej, że ten uniwerek jest 3 w imprezowaniu w całych
USA i muszę przyznać, że to było widać. Śmigneliśmy
do Wendys (fast-food) po drodze gadając po Polsku do
przechodniów (znaczy ja) i potem dotarliśmy z powrotem
do hali. I tutaj kolejny zadziwiający widok. Hala jak
Spodek normalnie. To niby tylko szkoła średnia, a
wszystko wygląda jak zawodowy sport. Po prostu brak mi
słów. Zasiedliśmy w naszej sekcji i mecz się rozpoczął.
Cały czas było strasznie wyrównanie, ale na minutę przed
końcem nasi przegrywali 70:64. Jedna trojka i jedna
akcja z faulem dała nam remis na 20s przed końcem.
Drużyna przeciwna próbowała zorganizować akcję, ale
na 6s przed końcem Lewis przychwycił piłkę i 1,7s
Jacob Brown trafił na 72:70 Eksplozja w naszej
sekcji. Przeciwnicy próbowali jeszcze z połowy trafić,
ale im się nie udało. Nasi wygrali. Dzięki temu jutro
(tj. 17 marca, gramy o wejście do Final Four). I nie
ma siły żebym tam nie był i nie kibicował. A wracając
do meczu ze środy, to muszę jeszcze powiedzieć, że
po nim przez 30min lataliśmy w deszczu, skakaliśmy,
skandowaliśmy i się po prostu cieszyliśmy z naszego
zwycięstwa. Niesamowitość. Poniżej dałem filmik z
ostatniego rzutu i nas skakających po meczu. (jak ktoś
jest spostrzegawczy to mnie tam zauważy..;-). Tak więc
Madness Continuess jutro Trojans do boju...
Teraz na chwilę zajrzyjmy do szkoły. A tutaj ogólnie
jak zazwyczaj z tym tylko, że w tym tygodniu podszedłem
do egzaminów, które zadecydują czy dostane dyplom czy
nie. Ogólnie, nasza matura jest 100 razy trudniejsza
i tylko miałem nieliczne kłopoty z powodu słownictwa
bardziej niż z wiedzy. Mam nadzieję, że zdam (wyniki
gdzieś za miesiąc). Zostaje mi tylko w przyszłym tyg.
wziąć końcowy test z Goverment (bo testy robione w
domu zdałem na same A) i mam ogólnie wakacyjki do
końca, jednocześnie czekając na wyniki obydwóch
testów. Ale myślę, że bez większego problemu powinie-
nem zdać. Także dyplom jest bardzo blisko i cala presja
już ze mnie schodzi. Zostanie mi tylko się poodprężać
do końca roku szkolnego (tj. 22 maja) i wracać do
Polski (nie wiem tylko czy wszystko mi się uda spa-
kować, bo trochę rzeczy mi doszło..;-). Jak się uda
znaleźć coś, to chce popracować przez ostatnie dwa
miechy, żeby zapłacić długi i zabrać parę pamiątek.
Kończąc tę notkę, w której zawarłem prawie wszystko
co chciałem, chcę jeszcze zaznaczyć jak tutaj na
każdą okazję w szkole sprzedają ciuchy, które repre-
zentują szkolny duch. Ja sam juz mam koszulkę po
soccr'erze, bluzę po Ski Club, i koszulkę związana
z koszykówką. Dojdzie mi jeszcze kolejna związana
z Track'iem (lekkoatletyka), którego jestem człon-
kiem. Tym razem na plecach będzie Mafej..;-). Ogólnie
niektórzy ludzie mają więcej ciuchów związanych ze
szkolą niż ja mam normalnych. To jest masakra.
Nasze liceum w Polsce nie ma nawet jednej takiej
rzeczy. No ale co. To w końcu USA, babe. Ameryka.
Tu się kasę wydaje. To jest Hollywood. Ja czasami
jestem jego członkiem i w sumie fajnie, że się
zdecydowałem na ten wyjazd. Mimo niedosytów, bę-
dzie co i kogo wspominać. A może kiedyś zwizytować.
A teraz czas powoli się do Polski zbierać. Ogólnie
liczę na dużo picie, ale nie wiem czy ktoś mnie
tak w ogóle lubi...;-). Zobaczymy. A tymczasem
borym lasem czas się zwijać i szykować na meczola.
Jak nasi wygrają to się chyba pochlastam z radości.
Dawać komentsy czy się podoba bo jak nie to poza-
bijam. Powodzonka na maturce...;-). Całusy..:*
http://rapidshare.com/files/21418555/Athens.rar.html
"?...Am I The Child of The Sky...?"
"I’m wondering alone in an open space
Looking around for a human trace
Along the edge of this satellite
Loosing the root in this empty sky
Everything’s flowing through day and night
No noise is breaking my silent star
I’m on the run I can go so far
This is the lesson I had to learn
This is the treasure I had to earn
I am the owner in nowhere land
Queen of the castle that’s made of sand
Staring in front of the universe
Maybe someday I’ll be somewhere else
I’m sure I’ll do it, but till’ that day
Here on my cell I am just a castaway"
Tak na szybcika, tak żeby zostawić jakiś ślad,
tak żeby chociaż ktoś kto w głębi serca czeka
na kolejną notkę mógł sobie coś przeczytać, tak
bez przemyślunku, tak z zakamarków duszy prosto
do Was. Tak żebym mógł sobie kiedyś to przeczytać,
i wrócić myślami do tak dziwnego czasu, który
przyszło mi doświadczać. Z dala od rodziny, z
dala od przyjaciół, z dala od wszystkiego, co
stworzyło moje życie od mojego urodzenia, z dala
od wszystkiego. Nowy, inny świat i Ja. Często
zagubiony, szukający wsparcia, mimo iż Go nie ma,
walczę o swoje marzenia w ciemnościach budzących
strach. Nie mam zamiaru się jednak bać. Będę śmigał
aż mi starczy sił, mimo złych dni, mimo złych uczuć,
mimo złych chwil, pomimo wszystkiego złego co świat
często na nas bezprzyczynowo rzuca. Przetrwałem
już wiele, i wiem, że mogę przetrwać jeszcze więcej,
Mimo poniżeń, kłopotliwych sytuacji i wstydu za
samego siebie. Po prostu nie mam wyjścia. Jak ktoś
powiedział: Życie to nie kino, z którego możesz
wyjść jak się znudzi . Ja dodam, że z ciała też nie
można wyjść i mimo iż często nie wytrzymujemy
z samym sobą, to i tak jakoś musimy kontynuować naszą
podroż do...(tutaj już każdy musi sobie opowiedzieć
sam). A co do mnie. To już wiele o tych USA
napisałem. Były dobre rzeczy, były złe rzeczy, byłe i
dziwne rzeczy. I pewnie będzie tak do końca. Sumując
jednak na 3 miesiące przed moim powrotem do Polski,
muszę przyznać, że i tak toczy się to lepiej niż sobie
wyobrażałem. I mimo, że jak to zawsze bywa chciałoby
się więcej, to trzeba przyjąć to co się ma. Bo w
życiu naprawdę nie ma czasu żeby się przejmować
wszystkimi pierdołami, jak to ja mam w zwyczaju robić.
Mam zamiar to w końcu zmienić, wkurzyłem się na to
wszystko, za dużo piękna żeby przejmować się brzydota.
Na świecie jest 6 miliardów ludzi i około 1,2 mld
Chińczyków, i tak się nie pozna wszystkich.
Poznawajmy więc tych, na których udaje się nam
napotkać i dzielmy się z nimi wiedzą o życiu, bo
naprawdę warto. World Hold On. To tyle bawienia się
w filozofa. Czas przypomnieć wydarzenia ostatniego
tygodnia. Czuje się z tym czasami jak w NBA Action
jeżeli ktoś pamięta ten program. Na początku zajrzyjmy
na chwilę na szkolne korytarze. A tutaj jak to stary
Mafej (już niedługo 19 stuka do mych drzwi) ma w
zwyczaju, same A+. Daje nam to skromną średnią 4.0
(ale czy 4.0 jest równe 6.0, miałbym wątpliwości...;-).
Muszę też zauważyć, że zająłem się moim kursem o
Amerykańskim rządzie, który potrzebuję do graduacji i
już prawie się z nim uporałem. Muszę tylko zdać egzamin
w szkole i będę miał kłopot z głowy. Ten test i
zbliżający się inny egzamin, zwany OGT (obejmuje
pisanie, czytanie, maksę, historię, i science) zdecyduje
czy wyjadę z USA z ukończeniem High School, czy nie.
Do połowy marca wszystko się wyjaśni. 3majcie za mnie
kciuki u stop...;-). Tak więc tylko parę egzaminów
obciąża moją głowę i w sumie nic więcej. Bo samo
chodzenie do szkoły to jakby się codziennie 7 okienek
miało...I don't even kidding...;-). Innymi słowy,
muszę się przyłożyć do teścików (które ponoć są
bardzo łatwe) i główny cel będzie osiągnięty. Wtedy
będę już na totalnym luzie i ostatnie dwa miechy
postaram się spędzić bardziej na zabawie i spędzaniu
miłego czasu niż nauce. Już nie mogę się doczekać.
Wydaje mi się ponadto, że już niedługo powinienem
się jakieś party wykombinować i trochę odprężyć,
oczywiście bez wygłupów...;-). W ostatni weekend nie
wyszło z powodu odpadających od samochodów kół,
i wyjazdów na mecze Ohio State. Zobaczymy co będzie
w ten weekend. Jak już się stało tradycją, wybrałem
się w ostatnią środę po raz piąty na narty. Muszę
przyznać, że to był najlepszy raz. Już całkiem nieźle
potrafię szarżować, także zabawa była przednia. W parku
przeszkód się latało już po 4, 5m choć na razie lądowanie
jeszcze szwankuje. Ale uczucie samego lotu, jest naprawdę
nie do opisania. No i ponadto posłuchało się trochę
historii o Amerykańskim życiu z ust Robyn, która towa-
rzyszyła nam (mi, Josch'y, i Sean'owi) w szusowaniu
po stokach. Zapisałem się także do track'u, coś a'la
lekkoatletyka i będę najprawdopodobniej biegał dla mojej
szkoły. Już dwa treningi za mną i muszę powiedzieć, że
byłem trochę zmęczony..:-). Ale co, rekord na 100m się
pobije co nie..:-) Niedługo zaczniemy już na maksa. I to
będzie na tyle z tego co się działo na kortach NBA (nota-
bene mecz gwiazd był całkiem na poziomie, szkoda tylko że
nie za bardzo zacięty). No i Gale Oskarowa też się
obejrzało trochę wcześniej.To co? Po tym, krótkim oderwaniu
się od życia w USA, muszę już do niego wracać. Godzina
11:25 pm, poniedziałek, jutro szkoła, 6:50 am, the bus
comes,i'm sleepy but who cares, życie na nikogo nie ma
zamiaru czekać. Nie mogę odkładać jego rozpoczęcia
na później, nie ma czasu do stracenia. We are the
Children of The Sky. Świat stoi dla Nas otworem.
Ciekawostki o USA:
1. Żeby wybrać się bądź do ubikacji, bądź do dyrka,
bądź do biblioteki, musisz mieć Hall Pass, który
jest wypisywany przez nauczycieli. Poza tym oni
zapisują jak długo Cię nie było. Nie ma tak, że
śmigasz Bóg wie gdzie. Ach te Stany...;-)... Można
się z nich pośmiać.
2. Kiedy ostatnio w szkole miała się odbyć bijatyka
między paroma kolesiami, jakoś dziwnie wszyscy
nauczyciele o tym wiedzieli i zebrali się w pobliżu
Cafeterii tak, aby do niczego nie doszło. No i walki
nie było. Ciekaw tylko jestem jak wiedzieli. Pytaj
się Amerykanów. Wiem tylko, że jeden nauczyciel
zna Kung - Fu (Mr. Jacobs) i on też tam był.
3. Uczestniczę teraz w Science Fair. Jak ktoś pamięta
z filmów, konkursy rożnego rodzaju projektów, gdzie
uczniowie się zbierają w sali gimnastycznej i
prezentują swoje dzieła do oceny to to jest właśnie
to. Ktoś zbudował tutaj komputer na olej roślinny i
ogólnie jest takim geniuszem, że już ma tyle
stypendiów, co Adam Małysz zwycięstw w Pucharze
Świata. Skąd Amerykanie biorą takich ludzi, to ja
nie wiem. Na pozór wszyscy wydają się nie za
mądrzy...:-).
4. Za bijatykę w szkole dostaje się 3-dniowe
zawieszenie, co oznacza 3 wolne dni od szkoły.
Niestety z wszystkiego co było w szkole jak
testy itp. dostaje się 0 punktów. Nie warto się
więc bić...:-)
5. Więcej ciekawostek nie pamiętam, ale wiem, że
jest ich mnóstwo.
...C'ya 4 u 'll...
'zdro 4 Senshiro